Dawno, dawno temu, kiedy w modzie były lamperia i kolor blado zielony, ktoś bardzo na owe czasy nowoczesny pomalował w ten sposób szpital i… tak zostało do dziś 🙂

Gdyby ktoś miał dość porażek, związanych z wynalezieniem paliwa do wehikułu czasu, to niech się nie zamartwia. Wystarczy wybrać się do szpitala! W naszej okolicy mamy co najmniej kilka szpitali, gdzie i bez wehikułu czasu cofniemy się o jakieś dobre 30 lat wstecz. Byłam i widziałam, mogłabym tu umieścić moje selfie w szlafroku, ale kontrast jest na tyle duży, że razi po oczach – różowy szlafrok na tle pistacjowej lamperii to niekwestionowany kandydat do fotografii roku. 🙂

Opieka szpitalna (może oprócz pań z izby przyjęć, które walczyły same ze sobą, żeby przypadkiem nie zacząć być miłymi) była cudowna, entuzjastyczna i z poczuciem humoru. I dodajmy – wrażliwa na potrzeby pacjentów, chętnie proponująca lewatywę, nawet tym, którzy z wypróżnieniem kłopotów nie mają. Ponadto umiejąca rozwiązać każdy problem i do tego dobrze znająca najnowocześniejsze metody perswazji, jeśli chodzi o karmienie tych pacjentów, którzy do jedzenia szpitalnego przekonani nie są:

punkt pierwszy: żart – “jak nie zjesz, to będziesz głodny” (wszyscy wiemy, że jak zje, też będzie głodny – patrz odcinek 2),

punkt drugi: prośba – “zjedz, zjedz, no do cholery proszęęę, zjedz! “,

punkt trzeci: motywacja i cel – “jak nie zjesz, to i tak cię nakarmię”,

punkt czwarty: pozostawienie wyboru – “nie chcesz, nie jedz, a ja cię i tak zapnę w pasy i nakarmię” 🙂

Po takich obserwacjach poczułam, że nigdy przenigdy nie dam się nakarmić kobiecie z nienawiścią w oczach i siłą na miarę koksa po zjedzeniu odżywki wysokobiałkowej!

W takim to anturażu lamperiowo – PRL-owskim wyruszyłam na poszukiwania nie byle czego, tylko koniecznej do funkcjonowania toalety! Udaję więc, że się rozglądam, zwiedzam, podziwiam korytarz. Tylko zastanowienia nie udawałam, bo zastanawiałam się autentycznie, gdzie jest toaleta. W pewnym momencie nawet już zacząłem myśleć, że ją miałam w pokoju, tylko że ją przegapiłam, ale nie, nie to nie ten styl – tu na cały oddział toaleta jest przecież jedna! Za to nie byle jaka – kafelki były! I… to tyle z nowoczesności. Trafiłam i poczułam ulgę, że mimo, iż warunki przyprawiały o dreszcz niczym mina Nicolasa Cage’a, to podstawowe potrzeby i sprawy higieniczne udało się załatwić.

Po tym doświadczeniu postanowiłam już na zawsze obniżyć próg oczekiwań względem sanitariatów, nie tylko tych szpitalnych, ale także każdych innych napotkanych jeszcze kiedyś na swojej drodze – bo po co mi ten stres?

W przypływach nudy, między czytaniem książki, a opowieściami pani z pokoju, zwiedzałam, sprawdzałam, jak wysoko i jak nisko można zejść, czy i dokąd prowadzą drugie drzwi. Zajmowało mi to codziennie nie więcej niż 10 minut, więc udało mi się pochłonąć 300 kartek opowieści mojego ulubieńca pana Janickiego. Rozwiązywałam też zagadkę: o co chodzi z windą, która była dosłownie w każdej rozmowie, np. – Zejdzie pani na usg? – A gdzie to jest? – Wystarczy zjechać windą. Albo: – pójdzie sobie pani do sklepiku. – A gdzie to jest? – Wystarczy zjechać windą. Ewentualnie: – pójdzie sobie pani na rezonans do pobliskiego szpitala. – A gdzie to jest? – no jak to, wystarczy zjechać windą!

Wszystko w tym miejscu było zaczarowane, toteż powrot do rzeczywistosci był, jak powrót do przyszlości 🙂

Do domu wróciłam po trzech dniach, pełna radości z prozaicznych spraw: własne łóżko, brak współlokatorów, jedzenia jakiego by nie było – ale było. Przy pożegnaniu z paniami ze szpitala łez nie uroniłam, wręcz przeciwnie – brak pytań o mój numer telefonu mnie ucieszył.

Więc wyszłam… zdrowsza!!! Zdrowsza, bo…stres nigdy korzystny dla organizmu nie jest, a warunki szpitalne, towarzystwo, jak i cała atmosfera powodują duże napięcie, którego nawet nie można “zajeść”, bo…nie ma czym!!!

Basia K.

PS. Jeśli pragniecie luksusu to… nie remontujcie od razu całego domu, nie grajcie w lotto, żeby zdobyć majątek na pokrycie kosztów tych zmian, ale po prostu wybierzcie się na jakiś nieodległy oddział szpitalny. Wystarczy, że spędzicie tam kilka dni, a gwarantuję Wam, że po powrocie do domu poczujecie się, jak w rezydencji. Może nawet samych Carringtonów 😉

Komentarze