Kiedy w końcu nadchodzą święta (i to w dodatku te najbardziej rozreklamowane czyli Boże Narodzenie), to jakoś nie sposób ich nie obchodzić. W reklamach, w telewizji afiszują się panowie i panie z prezentami pod choinką, na ulicach wszędzie widać kolorowe światełka, a na niektórych domach zobaczyć można moich „ulubionych” Mikołajów, zawieszonych pod balkonem niczym złodzieje.

Ale przede wszystkim świąteczna gorączka swą wysoką temperaturą objawia się… oczywiście w sklepach!!! Nie ma co ukrywać, że przed świętami, idąc tylko po masło, zazwyczaj wychodzimy z pełną siatką… no właśnie czego? Ano niczego, co by się nam mogło przydać. Po prostu tu nas zaczepi śnieżynka z piernikami na promocji, tu jakiś mikołaj z cukierasem i już nie wiemy po co przyszliśmy. Dlatego ja od dwóch lat (tak dopiero od dwóch) nie ulegam już temu, co nazywam świątecznym maglem duszy i ciała!

Jak dziś pamiętam matkę mą, głośno wzywającą nas (tzn. mnie i rodzeństwo) do poczynienia jakiś mega przygotowań przedświątecznych takich jak mycie okien, odkurzanie kryształów babci, mycie podłóg za szafą, mycie mebli porośniętych kurzem tam, gdzie nikt cały rok nie zaglądał, wymiana firan i zasłon (najlepiej wieszanych na mokro, po krochmaleniu) i oczywiście robienie znienawidzonych przeze mnie zakupów. Ale nie, nie, to nie było jedno wyjście do sklepu! To były wyjścia co najmniej trzy! A dlaczego? Dziś wszędzie można kupić, co tylko się chce i wszystko to czego się nie chce, ale jest na wszelki wypadek i w dodatku w jednym sklepie. A kiedyś? Dawno, dawno temu, kiedy zaraz po epoce towarów na kartki, dobrobyt zakradł się do sklepów, kupowało się z dużego sklepu (bo taniej): masło, smalec, serwetki, mąkę, cukier, drożdże, dżem, czekoladę i cukierki oraz coś z artykułów typu proszek do prania itp. Po wędliny szło się do masarza, bo miał mięso bez chemii, po chleb do piekarni, bo tam był najlepszy, a do jarzyniaka po warzywa (w ilości nie do przejedzenia, przerabianych na sałatę jarzynową) i po owoce, bo świeże i z Polski (mandarynki z polskich sadów???). Ja do tych sklepów biegałam po sto razy, bo ciężko było mi kupić naraz wszystko, co było konieczne i znajdowało się na liście (pragnę dodać, że kartka z zakupami była zapisana często z dwóch stron). Pamiętam jak dziś, gdy zapytałam (ja filigranowa, drobna jak drobiazg): – mamo jak ja przyniosę 10 kilogramów ziemniaków i kilka kilogramów marchewki oraz pietruszki? Odpowiedz brzmiała: – Poprosisz o spakowanie po równo do dwóch siatek i będzie ci łatwiej. 🙂 Rodzeństwo śmiało się wtedy ze mnie, że ważę tyle, co zakupy na święta.

Ech, wtedy Boże Narodzenie to miało klimat! A skoro czasu cofnąć się nie da, to walczę z tym, żeby nie dać się wciągnąć w zakupowanie i sprzątanie, aż do samej pierwszej gwiazdki. Tyle istotnych spraw przechodzi nam koło nosa, że nie warto poprawiać smug, zostawionych na oknach, czy nie warto pół godziny szukać miejsca na zatłoczonym parkingu pod hiper gargantuicznym marketem. Po prostu zbuntowałam się! W zeszłym roku olałam robienie sałatki jarzynowej (co poniektórzy z mojej rodziny jeszcze do siebie nie doszli po tym szoku). – Jak to bez sałatki jarzynowej?- Normalnie po ludzku, nie lubię jej, no! Poza tym za namową dziecka zjadłam najpierw chleb z miodem, a potem opłatek czyli nie tak, jak głosiła tradycja u mnie w domu (wg której miało być na odwrót). No i jeszcze był u nas wędrowiec, dla którego zostawia się miejsce przy stole, a potem modli się, by jednak nikt się nie pojawił.

A w tym roku? Ugotuję barszcz, bo lubię, a i umiem, zrobię rybę, bo uwielbia ją mój mąż, wezmę dużo opłatków, bo syn zje je zaraz, jak tylko się nimi podzielimy, stworzę pyszną sałatkę z ziemniaków, bo… tak! Wezmę to wszystko i pojadę do domku w górach, gdzie nie ma telewizora, zasięg jest bardzo słaby, sąsiedztwo daleko, a aniołek znajdzie nas tylko pod warunkiem, że będzie uparty (bo pod choinkę prezenty przynosi właśnie aniołek, a nie ten złodziej zwisający z balkonów – on swoje święto już miał 6 grudnia!). Ach, i jeszcze nie umyję okien, kurz wytrę tylko tam, gdzie widać, no i trochę poodkurzam!

I takimi świętami będę się cieszyć, bo nieważne gdzie, ważne z kim i dopóki nie umrze we mnie ten buntownik, to w każde święta będę miała kolejny plan, by spędzić je jeszcze inaczej.

Komentarze