Kiedy człowiek planuje wyjazd do szpitala, to pakuje w torbę szpitalną, to czego będzie najbardziej potrzebował, tzn. głównie jedzenie. Za to, gdy do szpitala dostaje się z ostrego dyżuru, to ma szanse na bycie ulubieńcem pani ze sklepiku szpitalnego. Jak myślicie, dlaczego? ;)

Kiedy rozgościłam się w nowym miejscu i wypakowałam, to najpierw ogarnęłam to, co najważniejsze czyli… toaletę. Jednak, w drugiej kolejności, kiedy przyszła świadomość, że do obiadu zostało jakieś 5 godzin, było trzeba ogarnąć także i kawiarnię. Szybki rzut okiem na cennik, a tu same pyszności: zapiekanki, hamburgery, bigos. Od razu zrobiło się lepiej… Na prędko odliczyłam wszystkie dwójki, bo „M jak miłość” i „Barwy szczęścia” w szpitalu za darmo nie są! No i to, co mi zostało w portfelu, przeliczyłam szybko na moje możliwości przetrwania, a zatem na siedem zapiekanek, hamburger, bigos i 24 godziny telewizji. Wniosek? Jestem gotowa!

Potem pozostaje już tylko snuć się po korytarzu i rozglądać za metalowym wózkiem z jedzeniem. A człowiek taki, jak ja, który o szpitalu pojęcia nie ma, po prostu czeka i wierzy, że to co mu dadzą na talerz i tak zje ze smakiem, bo przecież głodny wszystko zje. Po godzinie już wskoczyłam do łóżka i przykryłam się kołdrą, żeby nie było słychać burczenia w brzuchu. Zresztą moja niedosłysząca koleżanka i tak by się nie przejęła (z racji niedosłuchu), ta płacząca miała większe problemy (no chyba, że płakała z głodu), a trzecia już zasnęła (może zasłabła z głodu?).

W każdym razie obiad dotarł punktualnie. Jest pomidorowa (to akurat super), szpinak (wygląda, jak skoszona trawa po deszczu) i… coś jak kulka. Co w tej kulce siedzi, nie wie nikt. Pani położyła przede mną talerz i grzecznie spytała mnie, czy ja tutaj pierwszy dzień. Bo jeśli tak, to mi przysługuje tylko jedna chochla zupy. Od razu ciśnie się na usta kłamstwo, że ja to od wczoraj, że dawaj kobieto szpinak, ale nie, przez wykrzywione z głodu usta mówię prawdę i grzecznie odbieram tylko talerz zupy. Spoglądam na niego i spoglądam, i nagle – oświecenie! Nie mam łyżki! A skoro nie mam łyżki, to może zupy też mieć nie będę!!! Ledwo powstrzymuję płacz, bo jeśli oni tu łyżek nie mają, ja też nie mam, a sąsiadka ma jedną to… nie widzę możliwości podania mi tej zupy inaczej niż poprzez nabranie na jej łyżkę. Z głodu dałabym sobie ją nawet wpuścić przez kroplówkę, ale do jasnej cholery zjem tę zupę! Pytam grzecznie „panią rozlewającą” o sztućce. Pani mi podaje łyżkę i z przekąsem dodaje: „a widelca też pani nie ma?”. Nie mam, ale na co mi widelec, skoro drugiego dania pani dla mnie nie ma. Zjadam, nawet nie cedząc przez zęby znienawidzonej pietruszki, po czym zasypiam w spokoju.

Drugi dzień nie oszczędził mi rozczarowań, jeśli chodzi o menu. Głośno nie komentowałam, bo być może objęła, by mnie jakaś zasada w stylu „w drugi dzień nie jada się kolacji”, a tego bym nie wytrzymała. Odbieram więc śniadanie mając nadzieję, że skoro biorę mniej owsianki, to dżemu, wyglądającego jak ketchup, dostanę więcej. Ale skądże, pani grzecznie mi odmawia, mówiąc, ze szczerym współczuciem w głosie, a może nawet ze łzami w oczach „przepraszam nie mogę”…

Na obiad się nie zapowiadało, bo pojechałam na badania, więc trzeba było oszczędzać siły.  – Do kolacji będzie ciężko…  – pomyślałam. Wróciłam z badań, a „pani rozlewająca” poinformowała mnie, że obiad dostanę i że ona mi to w mikrofalówce zagrzeje! Hurra! Odgrzała mi więc zupę z poziomu „bardzo zimna” do „zimna”, ale nie wróciłam z talerzem do niej, by podgrzała mi mocniej, bo bałam się, że jeszcze się rozmyśli i będzie po zupie. Ku mojej uciesze, dostałam także kolację, a że pani obok z łóżka preferowała bułki przywożone przez męża, to zjadłam też jej kanapki i powoli wracałam do zdrowia.

Basia K. 

Zdjęcie: Leo Reynolds

PS. Stawka żywieniowa to 6 zł. Pewnie dlatego panią podającą jedzenie przestrzegano, by nie dawała za dużo ziemniaków. A ja was przestrzegam – idąc do szpitala, nie pakujcie walizek pełnych ubrań – pakujcie za to jedzenie. Nawet, jeśli wy tego nie zjecie, to na oddziale się nie zmarnuje 🙂

Komentarze