Basia K. – nasza nowa autorka – opowiada z przymrużeniem oka o tym, jak przeżyć w szpitalu, nie zwariować i uratować… uśmiech na twarzy.

Miałam ostatnio przyjemność (choć to słowo, to lekka przesada) odbyć krótki pobyt w szpitalu, a tam… same przeboje. A oto jak wszystko się zaczęło.

Dzień dobry, że tak pozwolę sobie skłamać, jak zwykł mawiać poeta. Proszę podać imię i nazwisko – powiedziała do mnie spod łba pani rejestratorka. Odkłoniłam się, podałam imię i nazwisko, a pani je zanotowała na małej karteczce, przypięła do niej małą szpilkę i… kaseta maszyny losującej jest pusta, następuje zwolnienie blokady, a karteczka została przypięta do tablicy korkowej do pokoju numer 100. A tam, oprócz mnie, pacjentką była niejaka pani Grażyna H. Czym się rejestratorka kierowała, umieszczając mnie akurat tam? Nie wiem, ale na pewno nie wiekiem, bo od razu po wejściu do sali, zorientowałam się, że wspólnie miałyśmy ponad setkę.

Rozgościłam się. Dostałam najlepsze łóżko pod oknem, ze świeżym powietrzem, co mogło być przydatne, bo atmosfera była już gęsta, gdy weszłam. Do godziny miałam na przeciwko siebie kolejną panią ze wskazaniami od bliskich, którzy ją przywieźli. – Nie uciekaj, bo i tak do domu nie trafisz! I nie zaczepiaj ludzi, bo i tak nie dosłyszysz! – radzili troskliwi krewni. Po kolejnej godzinie miałyśmy komplet i jakieś trzysta lat łącznie w pokoju. Tym razem nowa pani miała problemy z mową. A więc podsumowując, miałam obok siebie niedosłyszącą panią z tendencją do ucieczki, druga to ta nie bardzo rozmowna i na końcu pani Grażyna H. z tendencją do smutku, okraszonego łzami. Szybko zostałam okrzyknięta najzdrowszą i już miałam mnóstwo zajęć. Z jedną panią chodziłam jako wsparcie do kaplicy i na ciastko, drugą obiecałam odprowadzić do toalety, a trzeciej puścić telewizor. W sumie i tak wyobrażałam sobie, że porozumienie, jeśli w ogóle zaistnieje, nie odbędzie się bez barier. “Na szczęście jakoś poszło, jakoś poszło”, jak mawiał Shrek.

A jak się przełamuje lody w takich okolicznościach? Ano, tak samo jak w małżeństwie, czy wśród znajomych – nie cichaczem, nie pod kołdrą, nie rumieniąc się zbytnio… puszcza się bąka! 😉 A że działa to jak domino, to po chwili nieważne jest, kto zaczął, ważne że będziemy miały co wspominać, gdy każda już wróci do domu. Pierwszy dzień pobytu rozwiał wszystkie moje wątpliwości, co do przyjaźni międzyludzkiej oraz konwenasów. Gdy byłam małą i mamusia mówiła, co wolno, a czego nie wolno, to między innymi była mowa o etykiecie. Ale szpitalne łóżka rządzą się swoimi prawami i nawet savoir vivre pozostaje tu bezradny. Zresztą, może to i lepiej..?

Kiedy zostałam ostatecznie przydzielona do innego pokoju, to poznałam panią, która opowiedziała mi trochę o kulisach bycia teściową oraz drugą panią – zaangażowaną matkę Polkę. Dużo się nasłuchałam i dużo też się nauczyłam. Inny pokój, to inne osobowości. Dodajmy, że wyjątkowe, a jak się poźniej okazało – w chwilach cierpienia (z głodu) – bardzo pomocne. Zatroskane panie w średnim wieku (chociaż według klasyfikacji Światowej Organizacji Zdrowia już stare) miały usposobienie anioła… pachnącego siarką prosto z piekła. Mimo tego, sympatię do nich czuję do tej pory, co może być związane z tym, że karmiły mnie… no i nie chrapały… I rzecz jasna, były fankami wrzucania 2 złotych do telewizora, żeby móc oglądać nie byle co, bo nasz ulubiony serial!

Na koniec chcę powiedzieć, że bez względu na wszystko, nadal twierdzę, że starość jest piękna, a ludzi w słusznym wieku szanuję i podziwiam. I pragnę, żeby także mnie nadgryzł ząb czasu i udało się mi dożyć poważnego wieku.

Basia K. 

Komentarze