Wyobrażacie sobie ciemność tak wielką, że nie widać dłoni podstawionej pod sam nos? Siatkarki BKS ProfI Credit ie muszą, bo przeżyły to na własnej skórze! Przeczytajcie ich relację z wizyty w PG Silesia w Czechowicach-Dziedzicach.

To nie była zwykła wycieczka. Dzięki współpracy z PG Silesia siatkarki i sztab szkoleniowy BKS PROFI CREDIT Bielsko-Biała oraz zaproszeni dziennikarze mieli okazję doświadczyć czegoś, czego nie można sobie nawet wyobrazić. Wizyta w kopalni PG Silesia i dojście aż do końca jednej ze ścian wydobywczych dostarczyła wszystkim zwiedzającym wielu emocji. Za co PG Silesia bardzo dziękujemy. Śmiało można powiedzieć, że tę wizytę zapamiętamy do końca życia. Każdy z nas wie, że praca górników jest bardzo ciężka. To pewien slogan, który powtarzany jest zawsze, niemal bez zastanowienia. My podczas wizyty w kopalni nie pracowaliśmy pod ziemią, ale już samo przejście wydrążonymi tunelami i przyjrzenie się z bliska tym, którzy tam na dole pracują, spowodowało, że nasz szacunek do pracy górników jest po wielokroć większy niż przed wizytą.
Zdjęcia, film, relacja czy wywiady nie oddadzą w pełni tego, co przeżyliśmy i co widzieliśmy. Spróbujemy Wam to jednak trochę przybliżyć.

Zdjęcia autorstwa Rafała Burdzika: TUTAJ

Godzina 8:00. Przejeżdżamy bramę PG Silesia w Czechowicach-Dziedzicach i udajemy się do sali konferencyjnej. Uśmiechamy się do gospodarzy, rozmawiamy, żartujemy, bo choć czujemy, że nie będzie łatwo, to przecież jako drużyna sportowa zaprawiona w boju i fizycznie doskonale przygotowana do sezonu, nie boimy się wysiłku fizycznego. Niektórzy mają mniejsze lub większe obawy, ale też robią dobrą minę do złej gry, bo przecież nic się złego nie stanie, prawda?

W sali konferencyjnej dzięki prezentacji multimedialnej dowiadujemy się co nieco o PG Silesia, a także przechodzimy krótkie szkolenie, co robić w razie niebezpieczeństwa. Później wszyscy udajemy się do łaźni. Pozbywamy się wszystkich naszych ubrań i rzeczy osobistych, bo dostajemy kopalniane. Ręcznik, skarpety, spodnie, koszula flanelowa, bluza, hełm, kalosze, maseczka i mała torebka, którą przyczepiamy do pasa. W następnym pomieszczeniu zostajemy wyposażeni w latarki, pojemnik w kształcie dużego termosu, w którym jest specjalny worek do oddychania (w razie „W”) oraz metalowy numerek, gdyby musiano nas identyfikować w razie jeszcze gorszego „W”. Każdy to rozumie, ale nie wszyscy przyjmują to ze spokojem. To chyba właśnie ten moment, w którym każdy z nas sobie uzmysławia, że to, co zaraz zrobimy różni się od zwykłej wycieczki po innych kopalniach, jak np. ta w Wieliczce. Operatorzy kamer i fotoreporterzy zostają poinstruowani, że nie mogą samowolnie robić zdjęć, bowiem zawsze trzeba wcześniej sprawdzić stężenie metanu. Każda ewentualna iskra z urządzenia elektronicznego może spowodować katastrofę…

Wspólnie z naszymi Górnikami-Przewodnikami (dziękujemy Panowie!) udajemy się do szybu i windą zjeżdżamy blisko 600 metrów pod ziemię… Początkowo da się oddychać normalnie. Temperatura też raczej podobna jak ta na zewnątrz. Jednak im dalej tym gorzej i cieplej. Przechodzimy przez krótki korytarz i dochodzimy do „pociągu”, który przewozi nas 800 metrów dalej. Nie jest łatwo wejść na taki pociąg, który jest w zasadzie trzema deskami (na jednej siadasz okrakiem, na dwóch położonych niżej trzymasz nogi). Jedziemy i obserwujemy to, co dzieje się dookoła. Tunele są dość wysokie (później wyjaśniono nam, że nasza wycieczka była wersją łatwiejszą, bo w innych tunelach trzeba poruszać się będąc zgiętym w pół). Dla naszych siatkarek, szczególnie tych wyższych byłoby to opcją zbyt trudną, a przecież i tak łatwo nie jest. Kiedy zsiadamy z pociągu mamy do przejścia jeszcze jakieś 2 kilometry. Mijamy stosy żelastwa, jakieś maszyny i wiele innych rzeczy, które przeszkadzają w swobodnym poruszaniu się. Mijamy pracujących górników i pozdrawiamy tradycyjnym „Szczęść Boże!”. Jest ciemno, a jedynym światłem, dzięki któremu możemy poruszać się do przodu jest latarka, którą każdy trzyma w dłoni lub zamontował wcześniej na hełmie. Patrzymy pod stopy, żeby się nie przewrócić, a i tak, co chwilę ktoś się potyka. Podłoże jest nierówne, a my przecież wędrujemy w kaloszach, a czasami wręcz brodzimy po kostki w mieszaninie wody, pyłu i kamieni. Są miejsca, gdzie nagromadzenie pyłu jest tak duże, że nasza grupa porusza się niemal po omacku, bo niewiele dają nawet latarki. Okazuje się, że takie miejsca są robione specjalnie, bo w razie pożaru, pył tłumi ogień. Teraz jednak tłumi nasze oddechy, wciska się do oczu, uszu, dekoruje nasze włosy i przylepia się do spoconego czoła. Niektórzy z nas zakładają maseczki, dzięki którym trochę lepiej się oddycha. Niemal cały czas idziemy w dół. Są miejsca, gdzie nachylenie wynosi 25 stopni. Stąpamy wówczas po czymś w rodzaju schodów, a w zasadzie po drabince z drewnianych deseczek ułożonych tak, by nie zjechać na tyłku na sam dół. Nie jest łatwo, bo jest ślisko, a i kolana trochę cierpią. Dobrze, że przy ścianie jest gruba lina, którą można trzymać, bo bez niej byłoby jeszcze trudniej. Obok nas pracują górnicy i maszyny. Czy kiedykolwiek zastanawialiście się jak te wielkie maszyny znalazły się na dole? Otóż każda z nich rozbierana jest na części na górze, przewożona w dół, gdzie składa się ją na nowo! Dochodzimy do potężnej maszyny, która zabezpiecza wydrążone tunele wykonując zbrojenia. Pojawia się pomysł, by zgasić wszystkie latarki, by przekonać się jak jest ciemno. No więc gasimy. Wyobrażacie sobie ciemność tak wielką, że nie widać dłoni podstawionej pod sam nos? My właśnie tego doświadczyliśmy. W naszym codziennym życiu, nawet gdy jest noc i zgasimy wszystkie światła, wzrok po kilku chwilach się przyzwyczaja i potrafi dostrzec kontury przedmiotów dzięki czemu jesteśmy w stanie się poruszać. Na dole w kopalni ciemność jest najciemniejsza z możliwych, nie widać zupełnie nic…

Idziemy dalej, do miejsca, gdzie tunel kończy się ścianą a ogromna maszyna z wielkim wiertłem (kombajn?) wierci w ścianie kolejne metry tunelu. Górnicy włączają ją na chwilę, by pokazać nam jak pracuje. Wystarcza kilka sekund, by wszystko zniknęło w pyle. Nie chcemy sobie nawet wyobrażać, jak to jest, gdy ta maszyna pracuje kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt minut…
Wracamy. Tym razem idziemy pod górę, ale na szczęście nie musimy pieszo pokonywać stromych odcinków. Nasze nogi i tak mają powoli dosyć tym bardziej, że niewygodne kalosze pozdzierały niektórym skórę na piętach i palce u stóp. Wsiadamy na „pociąg” i wyjeżdżamy niemal pod sam szyb. Wyjeżdżamy na powierzchnię, kilka zdjęć, oddanie sprzętu, wizyta w łaźni, by zmyć z siebie pył, a następnie kilka chwil odpoczynku przed powrotem do domu. Patrzymy na zegarki. Pod ziemią byliśmy ponad trzy godziny. Aż trzy i tylko trzy, bo przecież górnicy pracują tam 8 godzin. No właśnie: „pracują”, a my tylko chodziliśmy tam i z powrotem…

Wróciliśmy wszyscy cali i zdrowi, ale jestem pewny, że przynajmniej w części inni niż rano w momencie wjazdu na teren kopalni. Wizyta w PG Silesia dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń. Cieszymy się, że tam byliśmy i widzieliśmy to wszystko na własne oczy. Podobało nam się, ale choć nie zazdrościmy górnikom ich pracy to podziwiamy ich i trud, jaki towarzyszy im w codziennym życiu. Trzymamy za Was kciuki Panowie i Panie (bo podobno są też kobiety, które pracują w takich warunkach)! Oby zawsze liczba zjazdów pod ziemię była równa liczbie wyjazdów na powierzchnię! Szczęść Wam Boże!

Komentarze