Kamil Myszka jest trenerem personalnym i instruktorem kulturystyki. Przeszedł daleką drogę do momentu, w którym jego pozornie groźny wygląd, pozostał jedynym śladem dawnych bojów. Dodajmy, bojów jakie niegdyś musiał staczać z samym sobą – z własnymi słabościami i lękami. Wyszedł z nich zwycięsko, a swoimi doświadczeniami dzieli się w pracy z innymi ludźmi. Chce ich inspirować do zmiany życia. I nie chodzi tylko o zrzucenie zbędnych kilogramów czy o rzeźbę na brzuchu. Kamil pomaga ludziom odnaleźć harmonię wewnętrzną. Droga do niej wiedzie przede wszystkim poprzez zmianę w myśleniu o sobie.

Moja rozmowa z Kamilem to początek naszego nowego cyklu. W cotygodniowych odcinkach Kamil odpowie na pytania, związane z motywacją, dietetyką, ćwiczeniami odchudzającymi i nie tylko. Porozmawiamy o tym, co jeść, jak ćwiczyć i jak nie zniechęcać się w pracy nad sobą. Wiemy, że nie wyczerpiemy tych tematów w kilku odcinkach. Za to mamy nadzieję, że uda się nam zainspirować parę osób do przeprowadzenia jakiejś ważnej zmiany w swoim życiu. 

Kiedyś byłeś całkiem innym człowiekiem, prawda?

Tak. Odkąd skończyłem 16 lat, moje życie zmierzało ku upadkowi. Piłem alkohol, brałem narkotyki. Ostatecznie dna sięgnąłem w wieku 24 lat. Ten okres ośmiu lat zaczął się od wyjść z kolegami na imprezy. Nie słuchałem rodziców, byłem zły dla ludzi, kradłem, żeby mieć pieniądze na alkohol. W efekcie trafiłem do ośrodka terapii uzależnień, z którego uciekłem po trzech miesiącach. To wszystko strasznie brzmi, ale dzięki temu, że z tego wyszedłem, to teraz szanuję i doceniam ludzi. A był taki moment, że nie miałem nikogo – ani przyjaciół, ani rodziny, która nie chciała ze mną rozmawiać, ani siostry, która wstydziła się mnie na ulicy.

Przez cały ten czas towarzyszył mi lęk. Nie potrafiłem się odprężyć, bo się bałem. Wielu młodych ludzi odczuwa strach przed pokazaniem swojego prawdziwego oblicza. Udając twardzieli, zaczynają robić te wszystkie złe rzeczy, bo chcą w sobie stłumić różne lęki. Te lęki zwykle pochodzą ze środowiska, w którym się znajdujesz. Byłem w sumie w trzech ośrodkach terapii uzależnień. Z pierwszego uciekłem po jednym dniu, z drugiego po trzech miesiącach. Dopiero w krakowskim Monarze coś we mnie pękło i zrozumiałem, że, albo za parę miesięcy umrę, albo zmienię swoje życie. Byłem tam przez rok. Przyjmowałem leki antydepresyjne, przeszedłem kilka sesji terapeutycznych. Po wyjściu z Monaru bałem się wyjść na ulicę i rozmawiać z ludźmi. Wciąż miałem depresję. Żeby zerwać z dawnym środowiskiem, wyjechałem do mojej babci, do Tarnobrzegu. Poszedłem do pierwszej pracy, równocześnie uczęszczając na terapię pogłębioną, na której leczyłem depresję.

Zawsze byłem uzdolniony sportowo – w szkole, zanim wpadłem w uzależnienie od alkoholu i narkotyków, występowałem w reprezentacjach piłki nożnej, koszykówki, tenisa stołowego itd. Dlatego naturalnym było, że po zakończeniu terapii, zacząłem chodzić na treningi na siłownię. Zrobiłem kurs trenera kulturystyki.

W pewnym momencie pojawiła się okazja, żeby wyjechać do Wielkiej Brytanii. Udało się to dzięki mojemu przyjacielowi Grzegorzowi Sukcikowi. Bez niego, ani bym nie wyjechał, ani nie rozpoczął nowego życia. W Anglii początkowo pracowałem w fabrykach, ale ciągnęło mnie do takiego zajęcia, przy którym mógłbym sam zarządzać swoim czasem, bez nikogo, kto stoi nade mną. Chciałem zostać instruktorem. Poznałem Debrę i Mervyna – właścicieli siłowni Boston Body Hub w angielskim Bostonie i zapytałem ich o możliwość prowadzenia zajęć. Zgodzili się, co nie było oczywiste, bo polskie uprawnienia nie są na Wyspach uważane za równowartościowe z brytyjskimi. Po trzech dniach postanowiłem założyć swoją działalność. Prowadziłem treningi na siłowni Debry i Mervyna. Zostałem pierwszym trenerem personalnym z polskimi korzeniami w Bostonie.

I po paru latach wróciłeś do Polski, żeby pracować tutaj jako trener personalny?

Dokładnie. Mając referencje od moich przyjaciół z Boston Body Hub, a przede wszystkim posiadając doświadczenie w prowadzeniu treningów, przyjechałem do Bielska-Białej, skąd pochodzi moja żona. Tutaj zacząłem w pełni samodzielną pracę, jako instruktor kulturystyki i trener personalny.

A więc to żonie zawdzięczasz przeprowadzkę w Beskidy?

Nie tylko przeprowadzkę, ale i to, że moje życie nabrało pełnego znaczenia. To zasługa Moniki i naszej małej córeczki Natalki.

Opowiedz, czym dokładnie zajmujesz się na treningach.

Jako trener specjalizuję się w dobieraniu odpowiedniego żywienia, a także w treningu kondycyjno-wytrzymałościowym, funkcjonalnym, siłowym, odchudzającym, atletycznym. Moja specjalność to budowanie zdrowego stylu życia. Poprawa nawyków żywieniowych z jednej strony i praca nad rozwojem ciała z drugiej strony. Uczę, jak się regenerować, jak odpoczywać, jak stać się zdrowym człowiekiem.

Ale spośród ludzi, którzy do Ciebie przychodzą, każdy jest inny. Noszą ze sobą różne bagaże doświadczeń. Czy starasz się również poznać ich głębiej, od strony psychologicznej, żeby potem pomóc im zmienić myślenie o sobie samym?

Tak, w 80 procentach mój zawód to psychologia. Sprawy cielesne, związane na przykład ze zrzucaniem kilogramów, to kwestia odpowiednich technik. Najważniejsze to przekonać tych ludzi, że zmiana jest potrzebna.

A więc na początku jest rozmowa?

Na początku dana osoba opowiada mi o swoim życiu. Mówi mi o tym, co lubi jeść, czego nie lubi, czym zajmuje się w życiu itd. Te relacje zamieniają się często w przyjaźnie. Pozostaję z moimi podopiecznymi w kontakcie – często dzwonimy do siebie, rozmawiamy, żartujemy. Żartów nie ma tylko na treningach, które są bardzo ciężkie i wymagające.

Jak wszystko wygląda po kolei, gdy ktoś przychodzi do Ciebie z konkretnym celem, na przykład z chęcią zrzucenia zbędnych kilogramów?

Zaczynamy od konsultacji. Muszę rozpoznać potrzeby i braki. Uczę w jakiej kolejności jeść węglowodany czy białka, tak aby poprawić jakość żywienia. Dopracowujemy kolejne posiłki po kolei – pierwsze śniadanie, drugie śniadanie, obiad, kolację. Ustalenie takiego nowego modelu, a następnie zrozumienie jego znaczenia dla zdrowia danej osoby trwa dość długo. Mam kolegę, który jest doktorem prawa. Zrozumienie nowego schematu żywieniowego zajęło mu pół roku. Jeśli chodzi o strefę treningową, to staram się powoli oswajać nową osobę do coraz większego wysiłku. Zaczynam od prostych ćwiczeń rozciągających. Podopieczny powoli, stopniowo podnosi coraz większe ciężary.

Opowiedz o swojej ofercie dla osób starszych.

W Wielkiej Brytanii, jako wolontariusz prowadziłem zajęcia grupowe dla seniorów. Teraz również prowadzę je za darmo. Starsze osoby potrafią okazywać wielką wdzięczność. Starsi Anglicy, z którymi ćwiczyłem, ciągle do mnie piszą na Facebooku i chcą, żebym do nich przyjechał. Pani Tina – moja była podopieczna, której na treningach zawsze powtarzałem „Don’ stop!” (ang. „nie przestawaj”, „nie poddawaj się”) – robi sobie teraz tatuaż z tym hasłem (śmiech). A ma 70 lat! Chcę, żeby starsi ludzie nie myśleli, że emerytura to koniec aktywności.

Trenowałeś także kickboxing?

Tak, jest to dyscyplina, która uczy pokory i pewności siebie jednocześnie. Ucząc elementów kickboxingu, przekazuję młodym osobom pewne wartości. Świadomość tego, że potrafię się obronić powoduje, że nie muszę wykorzystywać tych umiejętności bez powodu. Nie muszę pokazywać nikomu, że jestem silniejszy czy lepszy od niego. Taka postawa dowodziłaby ukrywanej słabości.

Czy jest jeszcze jakaś dziedzina, jaką się zajmujesz?

Motywacja. Bardzo lubię motywować ludzi do pracy. Staram się wspierać osoby, będące na rozdrożu, próbujące podjąć ważne decyzje życiowe. Chcę, żeby ludzie robili to, co kochają. W przyszłości chciałbym pomagać ludziom, którzy znajdują się w sytuacji podobnej do tej, w której ja tkwiłem jeszcze kilka lat temu. Bo ze wszystkiego można wyjść. Tylko nie można się poddawać.

Rozmawiał: Tomasz Wawak

Komentarze