Jestem Kasia – wywiad



 

Kim jest Katarzyna Miller dla samej Katarzyny Miller?

Ja, kochanie, dla samej siebie jestem całym światem! I całym życiem, wszystkim jestem dla siebie! Ukochaną jednostką, mamusią, córeczką… Wspaniałą, dorosłą, mądrą osobą; ale też głupią pindzią! Wariatką; ale też kimś bardzo sensownym i rozsądnym…

Pogodą, łóżeczkiem, jedzonkiem… wszystkim.

A kim jest Pani najpierw?

Jestem Kasia. Kiedy byłam dzieckiem, to było jasne: jestem ja, po prostu ja. Myślę, że doszłam mniej więcej do tego, co nazywał Jung „jaźnią”, czyli właśnie poczuciem tożsamości: to jest to, co ma dziecko. Ono się nie zastanawia kim jest, czy jest dziewczynką, czy chłopcem, tylko po prostu żyje.

Często mówili mi tak: „Dziewczynka się tak nie zachowuje!”, „Dlaczego się tak głośno śmiejesz?”, „Dlaczego nie jesteś grzeczna?” – a odczepcie się, kurde, ode mnie! Jestem, bo jestem – to jest odpowiedź.

Jestem istotą. O, tak. Jedyną. Każdy jest jedyną istotą. A ja jestem najjedyńszą, bo swoją własną.

Podobno każdy przychodzi na ten świat z misją… Jak określiłaby Pani swoje zadanie?

Tak, każdy przychodzi na świat z misją, absolutnie każdy jest potrzebny. Moje miejsce jest w tym kraju – to bardzo ważne, bo wielu moich przyjaciół, znajomych wyjechało za granicę, a ja czułam, że nigdy tego nie zrobię, że muszę być tutaj, bo to jest mój język, historia moja i tych wszystkich ludzi naokoło; i ja mam po prostu budzić świadomość.

Budzić ludzi, którzy zasypiają; tych, którzy się boją, mam uczyć odwagi; tych, którzy nie wierzą, mam uczyć wiary w siebie; tych, którzy siebie nie lubią mam uczyć, aby się kochali…

Trzeba do tego wielkiej siły. Skąd Pani ją czerpie?

Za przeproszeniem – cholera ją wie, skąd ją czerpię. Jestem coraz starsza, ale na pewno nie coraz słabsza. W życiu tyle nie pracowałam, co teraz!

Natomiast w związku z tym, że pracy jest całe mnóstwo, a ja nie młodnieję – chociaż wewnętrznie jestem oczywiście młoda – to robię, jakby to powiedzieć, taką gospodarkę dwupolówkę…. Ciężko pracuję i nic nie robię na zmianę. Muszę nic nie robić, żeby się naładować, żeby móc pracować. Bardzo mi to dobrze wychodzi, bo szybko się regeneruję. Taki feniks jestem.

Czyli siłę do działania czerpie Pani z odpoczynku?

Tak. Z bezmyślności, z lenistwa, z rozmemłania. Nie bójmy się rozmemłać! Kupa ludzi się tego boi: wydaje im się, że się już nigdy z tego rozmemłania nie podniosą. A guzik prawda! Cudownie jest się rozmemłać. Paść sobie na dupkę, nic nie robiąc, nóżką ani rączką nie machając…. A potem się człowiek podnosi i już jest żwawy, rześki.

Wiemy już skąd czerpie Pani siłę – a inspirację skąd?

Inspirację czerpię z ludzi, ze świata, z powietrza, z kwiatów… Wczoraj moja przyjaciółka powiedziała: „Ja nie znam drugiej osoby, która by tak reagowała na kwiaty”. Ja idę i zobaczę pomiędzy dwoma kamieniami – takie małe coś wyłazi różowe – i już się cieszę.

Wczoraj znalazłam na Ursynowie pole fiołków… Pójść stamtąd nie chciałam! Inspirację naprawdę można czerpać ze wszystkiego: z ogórka – jaki piękny, proszę pani… Z pomidora – jaki piękny, aż szkoda ugryźć!

Można odnieść wrażenie, że Pani nie da się wyprowadzić z równowagi. Czy jest jednak coś, co Panią złości?

O, tak: głupota ludzka. Ale zupełnie nie o to chodzi, że jacyś ludzie są niezbyt inteligentni…

Głupota oznacza dla mnie takie zaparcie na czterech, jak to robią osły: „nie pójdę dalej, nie ruszę się stąd, do dupy mi tutaj jest, ale przynajmniej wiem, jak mi tu jest, to będę siedzieć!”. Tego nie lubię. Ludzie przychodzą i chcą, żeby im było dobrze, ale nawet ogonem nie merdną, nie! To nazywam głupotą.

Taki upór w byciu nieszczęśliwym?

Tak, dokładnie. To jest jedyna rzecz, która mnie wk*****. Ale potrafię się tak wściekać… O Jezu, jak ja się pięknie wściekam…!

Pani twierdzi, że każda emocja jest tak samo ważna: czy to radość, czy smutek, czy złość…

Tak, każda jest tak samo ważna. O, jak dobrze przygotowana dziewczyna!

Nie tylko dobrze przygotowana, ale też niezwykle zainspirowana.

O, właśnie! I to jest moja misja: budzić, ożywiać.

Wszyscy są fajni, wszyscy są w porządku, wszyscy są całym światem. Tylko o tym nie wiedzą.

Dlaczego wybrała Pani taką ścieżkę życiową?

Sama się wybrała.

Sama… a czy doświadczenia z dzieciństwa, z okresu dojrzewania miały na to jakiś wpływ?

Odpowiedź na to pytanie można znaleźć w mojej książce: „Bez cukru, proszę”. Bardzo otwarcie, z bardzo dużym bólem i z decyzją ryzyka opowiedziałam tę książkę i jest w niej sporo o tym, ile miałam w życiu cierpienia i cudów – jak każdy człowiek.

Ukształtował mnie przede wszystkim mój ojciec, który był mądrym człowiekiem: przeżył obóz koncentracyjny, a mimo to zachował pogodę ducha.

Moja głupia matka też mnie ukształtowała. Chociaż bardzo chciałam, to nie mogłam jej kochać, bo… była głupia. I bardzo stereotypowa. To pokazało mi, jak zabójczy jest stereotyp; jak można ugrzęznąć, dać się wykastrować psychicznie, umysłowo – przez lęk.

Stereotyp tam ma miejsce, gdzie ludzie się boją i gdzie nie odważają się myśleć, pytać, poddawać w wątpliwość.

Co jeszcze mnie ukształtowało? Moja ukochana niania, cudowny człowiek, bardzo skrzywdzona istota…  Ja byłam jej dzieckiem, a ona była moją mamą.  Była po prostu taka… płakać mi się chce…

Nie chciałam sprawić Pani przykrości.

Dlaczego ludzie w Polsce myślą, że jak człowiek płacze, to jest źle? „Przestań płakać!” – mówią… A płacz, właśnie płacz! Przeżywaj to, co przeżywasz.

To jest cudowne uczucie, wspominanie jej. Wzrusza mnie, że ją miałam. A ona miała mnie.

Także inne rzeczy mnie ukształtowały: dobra szkoła, to, że czytałam, czytałam, czytałam… Mama miała też dobre cechy, zabierała mnie wszędzie, gdzie się dało: na koncerty, wystawy…; sama zajmowała się modą, i wiele ciekawych rzeczy mi pokazała.

Jestem dzieckiem szczęścia. I nieszczęścia równocześnie – jak dużo ludzi. Ale! Robię z tego użytek.

Skoro już wypłynął temat szczęścia… Gdyby miała Pani w kilku zdaniach zamknąć definicję człowieka szczęśliwego, jak by ona brzmiała?

Człowiek szczęśliwy cieszy się z tego, co jest. Chociaż… czasem się smuci, czasem się złości, czasem się gniewa – ale przeżywa, bierze to, co jest, akceptuje – o, to jest dobre słowo: akceptuje. Ludzie to mylą: „akceptuje” to nie to samo co „podoba”. „Akceptuje” znaczy:  przyjmuje i uważa, że to, co się dzieje, jest potrzebne – bo jest.

Nieszczęśliwi zawsze powiedzą: mogłoby być słoneczko, a teraz pada. A szczęśliwy powie: fajnie, że pada! Szczęście to jest zgoda.

Czy to jest uniwersalna recepta na szczęście? Doceniać to, co się ma?

Tak sądzę, bo gdy człowiek docenia to, co ma, a jednocześnie odważa się chcieć czegoś i wychodzić po to coś: prosić, czasem żądać, to wtedy zaczyna do niego przychodzić jeszcze więcej.

Do mnie wszystko przyszło. Nigdy nie robiłam niczego „po coś” – robiłam to, bo mi się podobało, bo mnie obchodziło, bo chciałam to robić.

Kiedy pierwszy raz stanęłam na scenie, zaśpiewałam piosenkę, opowiedziałam dowcip, potem kawałek swojego życia, i zobaczyłam, że cała sala dziewczyn reaguje na każde moje słowo. Myślę sobie: rany boskie, one mnie słuchają! Naprawdę mnie słuchają, naprawdę je to porusza, naprawdę je to obchodzi! I wtedy pomyślałam, że muszę uszanować ten dar, tę daną mi z góry łaskę. Nie jestem katoliczką, ale jestem osobą wierzącą w siłę wyższą: jakkolwiek ją rozumiemy. Bardzo często temu zawierzam

A czy wierzy Pani, że pozytywnymi myślami przyciągamy dobro, a negatywnymi zło?

Absolutnie tak: myślami, ale też działaniem. Zmieniamy świat i własne życie, myśląc pozytywnie, działając pozytywnie i będąc jednocześnie w zgodzie ze sobą – bo nie chodzi o to, żeby coś udawać.

A jak jest z Polakami? I czy faktycznie zazwyczaj widzimy szklankę w połowie pustą?

Jesteśmy bardzo niełatwym narodem i często psujemy różne rzeczy na własne życzenie, ale mamy mnóstwo cudownych cech! Upierdliwi bywamy i bardzo roszczeniowi. Zamiast sobie coś wziąć, to myślimy: „czemu samo nie przyszło?!”.

Podnieś się, pójdź i zrób.

Marudzimy, krytykujemy, mówimy zbyt mało ciepłych rzeczy: innym i sobie samym… Chociaż teraz jest ogromna fala młodych ludzi, mądrych, ciekawych, otwartych… Myślę, że się ockną, że coś z tego wyjdzie.

 

 

Rozmawiała: Paulina Dobija

 

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka, publicystka, pisarka i poetka. Autorka i współautorka wielu książek (m.in. „Bajki rozebrane”, „Bez cukru, proszę”, „Blaski życia”…) oraz wierszy.

Komentarze