Jeremi na księżycu



Rozmowa z Jeremim Surzynem, uczniem VI klasy Integracyjnej Szkoły Podstawowej nr 6 w Bielsku-Białej, laureatem Grand Prix Międzynarodowego  Konkursu „Tworzymy własne wydawnictwo” Książnicy Beskidzkiej w Bielsku-Białej i bibliotek we Frydku-Mistku oraz Żylinie.

– Zostałeś laureatem znanego w naszym regionie konkursu wydawniczo-literackiego. Co trzeba zrobić, żeby otrzymać nagrodę w takim poważnym konkursie?

– Najpierw musiałem napisać książkę, a później zrobić całą oprawę graficzną – wyrysować, wymalować, wykleić. Książka nosi tytuł „Tajemnicza misja”. Dozwolone są wszystkie efekty plastyczne. Można napisać książkę ręcznie, można ją wydrukować. Ja pisałem na komputerze, a później na pomalowaną stronę przyklejałem wydrukowany tekst. Najpierw bowiem chlapałem, czyli  zraszałem wodą  kartkę i malowałem tło farbami, a później rysowałem postacie kredkami i tworzyłem cały mechanizm, dzięki któremu one wystawały. Po otwarciu książka uzyskiwała trzeci wymiar, bo wtedy „wychodziły” postacie, które w niej występują, ruchome planety itp. To było takie 3 D.

– Ile czasu zajmowało Ci stworzenie takiej strony?

– Dwa dni zajmowało mi stworzenie rozkładówki. Tworzyłem ruchome elementy, które można otwierać, ale pod nimi były jeszcze ciekawostki, np. o kosmosie, misjach na Księżyc itp. Jedna z rozkładówek zajęła mi więcej czasu, gdyż przedstawiała bazę, którą trzeba było pokazać bardzo szczegółowo, ze wszystkimi detalami, więc nie można było najpierw strony pochlapać, lecz wyrysować szczególik po szczególiku, a potem wypełnić mazakami i kredkami…  W bazie znalazł się m.in. piesek (słynna Łajka), który miał wyrysowany tułów, ale zamiast tułowia – kawałek materiału. Można go było pogłaskać… W prawdziwą historię lądowania „Apollo 11” na Księżycu wplotłem literacką fikcję. Temat konkursu zresztą do tego zachęcał, bo były nim „opowieści dziadka i babci”. Mogłem zatem przenieść wymyśloną historię w kosmos, bo o nim dużo wiem. Mimo to poznałem wszystkie książki o Księżycu, które były w bibliotece, a także mapę drugiej strony Księżyca, a na niej różne krainy czy morza o łacińskich nazwach! Nazw jest dużo i można się w nich pogubić, gdyż są bardzo do siebie podobne. Wymyśliłem bohaterów z kilku krajów Europy Wschodniej, którzy poruszają się na Księżycu specjalnymi pojazdami – motolunkami.

– Wiem, że jednym z wątków Twej książki był konflikt sowiecko-amerykański z czasów zimnej wojny.

– Tak. Pierwsze, co przychodziło do głowy, żeby konflikt rozwiązać, to strzelanina. Pomyślałem jednak, że skoro to ma być książka dla dzieci, to trzeba znaleźć inne rozwiązanie. Zwłaszcza, że na Księżycu jest inna grawitacja i raczej nikt nikogo nie zastrzeli… Wymyśliłem więc, że konfrontacja będzie oparta na grze w… szachy. Jeśli jednak mecz szachowy, to jaki? Trzeba było pogrzebać w programie szachowym. Mecz szachowy nie mógł być długi, bo książka byłaby za długa i nudna. Składałaby się z opisów samych szachowych posunięć… Wybrałem więc krótką partię włoskiego siedemnastowiecznego mistrza Gioachino Greco z anonimem.

– To był Twój pierwszy udział w konkursie?

– W konkursie „Tworzymy własne wydawnictwo” Książnicy Beskidzkiej uczestniczyłem dwukrotnie. Za pierwszym razem zdobyłem drugie miejsce za książkę pt. „Srebrny miecz”. Tematem wówczas była legenda związana z miejscem zamieszkania lub okolicą. Teraz zdobyłem Grand Prix, co rzadko się zdarza w tym konkursie. Normalnie przyznawane są tylko miejsca pierwsze, drugie i trzecie oraz wyróżnienia. Do „Tajemniczej misji” dołączyłem słuchowisko na płycie. Nasza polonistka puszczała na lekcjach ten audiobook w odcinkach i mieliśmy zabawę. Pani Iwona Nawara-Przybyła sprawdzała też teksty obu konkursowych książek zanim jeszcze powstały ilustracje. Bardzo mi kibicowała.

– Ile napisałeś książek?

– Na razie dziewięć.

– Czy piszesz już następną?

– Tymczasem nie. Zabawa była co prawda przednia i świetnie się bawiłem wraz z mamą i tatą podczas tworzenia książki. Tym niemniej była także wyczerpująca, więc nic nowego nie piszę. Pomyślałem, że trzeba dać szansę innym… Poza tym teraz bardziej zajmują mnie tematy naukowe, na przykład mechanika kwantowa. Teraz więcej czytam, niż piszę. Okropnie dużo trzeba przeczytać, żeby coś troszeczkę poznać. Na dodatek to są trudne tematy, a część filmów w Internecie można obejrzeć tylko po angielsku i nie zawsze wszystko rozumiem.

– Czy ktoś w szkole pracował z Tobą nad warsztatem pisarskim?

– Od pierwszego roku w szkole nauczycielki zauważyły, że lubię pisać. To było dla nich ekscytujące i mnie zachęcały. Trzeba było założyć zeszyty lektur i pisać o tych lekturach. Nauczycielki robiły pokazy, odczytywania mych „dzieł”. Do pisania zachęcała mnie także moja mama. Kiedyś zapytałem, czy nie mogę sam napisać książki. Mama powiedziała: – Siadaj i pisz. Napisałem w II klasie „Sowie wybrzeże”. Wpisywałem każdy rozdział do zeszytu, a pani nauczycielka Jolanta Naglik-Dzida komentowała. Później zacząłem pisać cykl kryminałów. Pierwszym była „Akcja nr 17”, a potem następne, w których bohaterami byli koleżanki i koledzy z mojej klasy. Ostatni kryminał to „Dociekania detektywa Śpika”. Miałem wtedy niezły katar.

Rozmawiał Jan Picheta