25 maja w BWA zagrał duet Wojciecha Waglewskiego i Mateusza Pospieszalskiego. Muzycy zaprezentowali piosenki z repertuaru Voo Voo, ale też utwory filmowe. Wszystko w oryginalnej, kameralnej aranżacji, w której najważniejsza była gitara Waglewskiego i saksofon Pospieszalskiego, używany na zmianę z klarnetem. Publiczność miała szczęście posłuchać akustycznych interpretacji takich utworów, jak „Flota Zjednoczonych Sił”, „Bo Bóg dokopie” czy „Jak gdyby nigdy nic”. Obaj członkowie Voo Voo rzadko grają w duecie. Toteż możliwość porozmawiania z Wojciechem Waglewskim przy okazji takiego koncertu, mogła się szybko nie powtórzyć.

Dziś na pewno spora część publiczności czekała na największe przeboje. Tymczasem Pan jest artystą tego typu, co Bob Dylan – specjalizuje się Pan w graniu starych utworów w nowy sposób. Fascynuje Pana poszukiwanie nowych interpretacji?

Tak, ale te utwory są tylko pretekstem. Mnie najbardziej interesuje improwizowanie. Zaczynamy grać z Mateuszem (Pospieszalskim) różne melodie i do nich dopasowujemy to, co mamy w zakamarkach pamięci. Ja mam setlistę, ale koncert żyje własnym życiem. Najważniejsza nie jest sama piosenka, lecz to, co dzieje się z nią podczas improwizacji.

Plenerowy koncert dla kilku tysięcznej publiczności i kameralny koncert akustyczny, taki jak dzisiejszy, to dwie zupełnie różne rzeczy. Preferuje Pan któryś z tych dwóch rodzajów koncertowania?

Preferuję te koncerty, na których jest więcej publiczności niż artystów na scenie. Lubię miejsca, w których widzę twarze ludzi, jest „prywatkowa” atmosfera i mogę porozmawiać z publicznością. Natomiast duże koncerty są bardziej widowiskowe i dłuższe formy muzyczne są tam trudniejsze do zagrania. Choć zdarzało się nam grać kameralną muzykę dla kilkudziesięciu czy nawet kilkuset tysięcy ludzi, na przykład na imprezach Jurka Owsiaka. Generalnie, im więcej ludzi, tym człowiek czuje się bardziej osamotniony, mniej słyszy, nawet reakcje publiczności dochodzą do nas z opóźnieniem. Tak więc wolę mniejsze koncerty, bo muzycznie więcej się na nich dzieje. Natomiast więcej emocji pozamuzycznych dają większe koncerty.

Takie występy, jak dzisiejszy, mogą być wytchnieniem od większych koncertów? Czy też każdy występ jest dla pana, jako artysty, takim samym wyzwaniem?

To zależy. Wielkie koncerty dzielą się na nasze własne i na festiwale. To zupełnie odrębne rzeczy. Na festiwalach musimy posłuchać artysty, który gra przed nami. Tylko w ten sposób będziemy mogli stworzyć coś odrębnego. Na to jak wyjdzie dany występ, wpływ mają przeróżne czynniki, nie tylko nasza muzyka.

Z Bielska do Żywca jest rzut beretem. Jest Pan jednym z twórców Męskiego Grania. Jednak od paru lat kolejne edycje toczą się poza Pana udziałem. Gdy Pan obserwuje kolejne edycje Męskiego Grania to co Pan myśli? Podoba się?

Nie obserwuję Męskiego Grania, bo nie jeżdżę na te koncerty. Od początku założenie było takie, że kierujący tą trasą będzie się zmieniał. Przy pierwszych edycjach – przepraszam za wyrażenie – targetem była bardziej dojrzała publiczność. Dlatego było więcej jazzu, sztuki skierowanej do starszych osób. Potem ja sam przestałem w tym uczestniczyć. W tym roku będę grał. W programie będzie miejsce na coś w stylu „tribute to Voo Voo”. Będą to wykonywali inni artyści, a my zagramy na koniec. W każdym razie nie zależnie od formuły, jest to najlepszy festiwal z polską muzyką. Produkcja jest fantastyczna. Te wszystkie festiwale, jak choćby w Opolu – chociaż festiwalu w Opolu już przecież nie ma – polegały na tym, że polskie zespoły były w cieniu zagranicznych. Samo Opole nie miało ze sztuką zbyt wiele wspólnego.

Czuje się Pan ojcem Męskiego Grania?

Trochę tak jestem tam traktowany. Może nie jestem obiektywny, ale cały czas sekunduję tej imprezie. Gdybym chciał zaprosić kogoś zza granicy na koncert muzyki popowej, to zaprosiłbym na Męskie Granie.

Powiedział Pan w jednym z wywiadów: „w muzyce rockowej jest w tej chwili niewielu młodych ludzi, którzy dobrze grają. Może dlatego, że nie ma zbyt dużego zainteresowania tym gatunkiem”. A gdyby spróbować znaleźć kilku młodych ambitnych muzyków rockowych, to kto by to był według Pana?

Jest na pewno Organek, który podąża drogą archetypu rockowego. Dobrym zespołem jest też Kim Nowak i nie chodzi mi wcale o powiązania rodzinne (w Kim Nowak grają Bartosz i Piotr – synowie Wojciecha Waglewskiego). Kiedy mówię to, co pan przytoczył, to nie chcę narzekać. Chodzi o to, że zmieniła się formuła muzyki rockowej. Kiedy ja zaczynałem grać, rock był muzyką improwizowaną. Dziś jest to produkcja piosenek. Jeszcze parę lat temu, gdy zaczynaliśmy z Fiszem program Magiel Wagli (audycja muzyczna Wojciecha i Bartosza Waglewskich w radiowej Trójce) to popularne były zespoły typu Black Keys czy White Stripes – świat muzyczny powracał do tego typu improwizowanej muzyki. Wtedy powstał Kim Nowak, a Voo Voo nagrało mocno rockową płytę („Wszyscy muzycy to wojownicy” z 2010 roku). Był wiatr w plecy. Potem to zniknęło. Ale co jakiś czas się wraca do muzyki, inspirowanej czasem przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nawiązują do tego też starsi artyści jak Nick Cave, PJ Harvey czy Radiohead.

A w Polsce artyści nie nawiązują do tych czasów? Może ci związani z Męskim Graniem?

Ja nie słyszałem. Jedynie kilka polskich zespołów rockowych, śpiewających po angielsku, ale one mają nikłą szansę, żeby zaistnieć w naszym kraju. Na pewno Natalia Przybysz jest około rockowa. Brakuje za to gitarzystów typowo rockowych, może poza Michałem Sobolewskim z Kim Nowak. Artyści typu Ania Rusowicz czy Natalia Przybysz mają swoich muzyków, ale to są muzycy studyjni. To nie są zespoły, które mają swój stały skład i własne brzmienie…

Jak na przykład Myslovitz parę lat temu?

Tak, no właśnie. Dziś zespoły mają takie brzmienie, jakie nadadzą im zaproszeni muzycy i odpowiedzialni za to producenci. Z dobrych zespołów wymienię jeszcze Lao Che. Ale brakuje zespołów z powalającym riffowym brzmieniem.

Przy takiej ilości koncertów, jakie Pan zagrał, wrażenia z kolejnych miast mogą zlewać się w jedną całość. Czy jednak Bielsko-Biała wiąże się u Pana z jakimiś konkretnymi wspomnieniami i skojarzeniami?

Pamiętam w końcu lat siedemdziesiątych w Bielsku rozwijała się muzyka progresywna. Był tu klub Piątawka, w którym Jurek Rocławski organizował koncert Osjana (zespół, w którym Waglewski grał w latach osiemdziesiątych). Pamiętam też koncert w jakiejś dużej hali. Było Voo Voo, Maanam i Rysiek Riedel z Dżemem. Przyjechał z synem. To był ostatni koncert, na którym widziałem Ryśka. W zeszłym roku na Letniej Scenie Sfery była super atmosfera. Tak samo na Zadymce Jazzowej. Przed koncertem trochę pochodziłem po starówce. Jest tu super knajpa włoska, jedna z lepszych w Polsce. Bielsko to piękne miasto. Mam stąd sporo muzycznych wspomnień.

Rozmawiał Tomasz Wawak
Foto: Tomasz Wawak, zdjęcie u góry: Wikipedia


Komentarze