Śladami Justyny…



Rozmowa Jana Pichety z jedyną bielską uczestniczką Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro Justyną Kaczkowską.

– Pani ojciec, Artur Kaczkowski, fizjolog kadry narodowej w kolarstwie, przez wiele lat fizjolog BTS Rekord, także był kolarzem. Czy wybór dyscypliny sportowej – jako życiowej drogi – był oczywisty, czy kolarstwo długo walczyło z siatkówką, którą uprawiała Pani w BKS Stal?

– Od kiedy pamiętam, zawsze uprawiałam jakiś sport. Próbowałam rożnych dyscyplin, m. in. akrobatyki, pływania, tenisa, lekkoatletyki, biegałam na nartach, grałam w siatkówkę, ale dopiero gdy wsiadłam na rower, to poczułam, że to jest to, co chcę robić, że właśnie w tym sporcie się spełniam. Nie miałam większego problemu, żeby zrezygnować z siatkówki, bo byłam wystawiana w drugim składzie.

– Czy wpływ taty na uprawianie kolarstwa był decydujący?

– Tata na początku był przeciwny, żebym trenowała kolarstwo. Sam był kolarzem wcześniej i wiedział, jaki to ciężki sport; życie na walizkach, mnóstwo wyrzeczeń. W tym sporcie, jeśli chce się być dobrym, to trzeba się poświęcić w 100 procentach.

– Jest Pani mistrzynią świata juniorek, a mimo to tydzień temu we francuskiej miejscowości Saint-Quentin-en-Yvelines została wicemistrzynią Europy w wyścigu indywidualnym oraz drużynowym na dochodzenie elity kobiet, czyli seniorek. Czy istnieje duża różnica w ściganiu się juniorek i zawodniczek elity?

– Poziom w seniorkach jest o wiele wyższy. Wyścigi są szybsze. Zmieniają się obciążenia treningowe. Na początku jest ciężko, żeby się przestawić.

– W finale mistrzostw Europy przed tygodniem uległa Pani sześciokrotnej mistrzyni Europy i złotej medalistce olimpijskiej w wyścigu drużynowym – Katie Archibald z Wielkiej Brytanii, która pokonała dystans trzech km w czasie 3:29.878. Była o 3,1 sekundy szybsza niż Pani. Kiedy da Pani radę pojechać około pięć sekund szybciej i wygrać z Brytyjką?

– Wiedziałam, że nie dam rady pokonać Katie w finale. Jest jedną z najmocniejszych zawodniczek w elicie, a ja dopiero dołączam do tej kategorii. Z jednej strony wiadomo, że chciałabym mieć to złoto, ale z drugiej cieszę sie z tej „porażki”, bo zmotywowało mnie to do cięższej pracy. Widzę, ile jeszcze brakuje mi do starszych zawodniczek i będę robić wszystko, żeby brakowało mi coraz mniej.

– Rozmawiałem przed dwoma laty z Pani tatą, który powiedział, że w testach określających utrzymywanie dynamiki ruchu podczas badań wydolnościowych w instytucie sportu już wtedy osiągała Pani rezultaty lepsze od Justyny Kowalczyk! Czy można z tego wysnuć wniosek, że niebawem będzie Pani zdobywać laury co najmniej podobne do słynnej imienniczki?
– Trudno powiedzieć. Patrząc na to, jak się rozwijam, to można mieć nadzieje, że tak się stanie. Sport jest jednak nieprzewidywalny, dlatego wolę nic nie obiecywać. Czas pokaże.

– Od czego zależy sukces w tak trudnym sporcie jak kolarstwo torowe, zwłaszcza w Polsce, gdzie mamy tylko jeden tor kolarski… pod Warszawą?

– Żeby osiągnąć sukces na pewno trzeba być konsekwentnym. W „juniorce” czasami jak sobie odpuściłam, to nie miało to jakichś większych konsekwencji. Można powiedzieć, że „jechałam talentem”. Teraz kiedy poziom jest wyższy, czuję, że bez odpowiednich i systematycznych treningów nie jestem taka mocna. Sam talent już nie wystarcza. W Polsce tor kolarski jest tylko jeden (taki z prawdziwego zdarzenia), ale i tak wszyscy cieszymy się, że go mamy.

– Jak łączy Pani naukę ze sportem? Pasja kolarska była zawsze mile widziana przez nauczycieli?

– W zeszłym roku szkolnym, kiedy walczyłam o start w igrzyskach, byłam praktycznie cały czas na wyjazdach. Był potrzebny indywidualny tok nauczania. Wtedy szkoła bardzo mi pomogła. Gdyby nie panie dyrektorki Jolanta Wikło i Agnieszka Hyrlik z Zespołu Szkół Gastronomicznych i Handlowych w Bielsku-Białej, to myślę, że nie zdałabym do następnej klasy.

– Co dał Pani udział w Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro?

– Udział w Igrzyskach Olimpijskich w Rio dużo mnie nauczył. Spełniło się moje marzenie. Czuję się bardziej wartościowym zawodnikiem. Myślę też, że otworzył mi oczy i spowodował, że czuję sie pewniej w „sportowym świecie”.

– Czy ma Pani tylko dobre wspomnienia z Rio?

– Mam dużo dobrych i złych wspomnień z Rio. Często jest mi przykro i mam żal, jak pomyślę, ile poświęciłyśmy, żeby się tam dostać, a później, żeby pojechać jak najlepszy bieg. Taki jest jednak sport i porażki się zdarzają.

– Czytałem, że Pani koleżanki z ekipy olimpijskiej po powrocie z Rio de Janeiro otrzymały od władz  samorządowych po 11 tys. złotych nagrody za rozsławianie swoich miejscowości. Czy władze samorządowe postąpiły podobnie wobec Pani?

– Nie, w Bielsku-Białej było totalnie odwrotnie. Nie kojarzę nawet, żeby ktoś mi pogratulował…

– Jakie ma Pani plany sportowe i życiowe?

– Na razie nie mam jakichś konkretnych planów. Przede mną starty w zawodach o Puchar Świata, które skończą się w lutym, a później mistrzostwa świata, do których chcę się solidnie przygotować.

Justyna Kaczkowska – ur. 7 października 1997 r. w Bielsku-Białej – kolarka torowa, mistrzyni Europy (2015) i mistrzyni świata (2015) juniorek oraz młodzieżowa mistrzyni Europy (2016) w wyścigu indywidualnym na dochodzenie. Przed tygodniem została we francuskim Saint-Quentin-en-Yvelines podwójną wicemistrzynią Europy – w wyścigu indywidualnym oraz w wyścigu drużynowym na dochodzenie elity kobiet! Jest zawodniczką UKKS Imielin Team Corratec.

 

Komentarze