Pociąg do Bollywood



W miniony czwartek w bielskim Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki odbyło się spotkanie z Natalią Janoszek, pochodzącą ze Straconki wschodzącą gwiazdą Bollywood, z którą rozmawiał Jan Picheta. 

– W wieku trzech lat już występowała Pani na scenie w bielskim zespole pieśni i tańca. Nie spotkałem jednak w mediach jego nazwy. W którym zespole wychowała się wielokrotna zdobywczyni tytułów piękności i aktorka Bollywood, Hollywood et cetera?

–  Zaczynałam w zespole „Beskid” w Domu Kultury Włókniarzy. Nawet w mojej książce jest zdjęcie z tego okresu. Występowałam podczas czterdziestolecia zespołu jako solistka. Niestety nie zapamiętałam nazwiska ówczesnej kierowniczki grupy. Miałam wtedy trzy latka. Notabene solistką zostałam tylko dlatego, że miałam wadę wymowy. W moim życiu bywa często, że moje słabe strony okazują się dobrymi. Tak samo jest z moim wzrostem. W konkursach piękności byłam zawsze najniższa, a jednak wzięłam udział w prawie dwudziestu. Ostatnio coraz częściej je wygrywam. To co w życiu miało mi przeszkodzić, tak naprawdę mi pomogło.

– Przygoda z „Beskidem” nie trwała długo…

– Związałam się z zespołem „Bielsko”, gdyż tańczyła w nim także moja mama. Od ósmego do osiemnastego roku życia byłam związana z „Bielskiem”, z którym występowałam na TKB, na Dniach Bielska-Białej itd. Zespół miał siedzibę w Domu Kultury Metalowców. Pani Bożena Bieńczyk, która mnie uczyła, wcześniej tańczyła z moją mamą. Pamiętam, że na 25-lecie zespołu i ja tańczyłam razem z moją mamą. Później, gdy rozpoczęłam studia,  było mi bardzo trudno przyjeżdżać tutaj na próby i koncerty, więc znalazłam sobie inny sposób na zwiedzanie świata. Tym pomysłem były konkursy piękności.

– Urodziwe bielskie dziewczyny przechodzą zwykle przez ręce Lucyny Grabowskiej. Czy Pani też ma za sobą podobny epizod.

– Tak. Gdy zaczynałam przygodę z wyborami miss, w Bielsku-Białej nie było innej możliwości. U pani Grabowskiej nie dostałam jednak szansy na udział w konkursie o tytuł najpiękniejszej Polki. Powiedziała mi wprost, że moje wymiary nie dają mi szansy, więc jedyny konkurs, w którym występowałam, to były wybory Miss Nastolatek. Na tym skończyła się moja kariera u pani Grabowskiej. Pomyślałam sobie wtedy, że jednak wbrew temu zawalczę o tytuły miss. Swego czasu chciałam wrócić i wystąpić o tytuł Miss Beskidów, dla samej siebie, ale jestem już na tyle osobą medialną, że mogłoby się to odbić zbyt dużym echem. „Zrobiłam” już jednak tyle konkursów zagranicznych, że nie mam takiej potrzeby, żeby sobie coś udowadniać.

– „Za kulisami Bollywood” to Pani pierwsza książka. Czy jednak pisywała Pani wcześniej poezję, prozę?

– Mój konik to były konkursy recytatorskie. Wygrywałam wszystkie konkursy w Bielsku-Białej od pierwszej klasy Szkoły Podstawowej nr 26 w Straconce, a później w gimnazjum i w końcu LO im. Mikołaja Kopernika. Z Bielskiem-Białą byłam związana do 19 roku życia, gdyż moja mama nie chciała, abym gdziekolwiek wyjeżdżała, dopóki nie skończę szkoły średniej. Taką mieliśmy umowę. Gdy skończę szkołę, pójdę na poważne studia i będę sobie realizować swoje wymysły… I te wymysły stały się moim sposobem na życie. Studiuję International Business Program na Uniwersytecie Warszawskim. To studia magisterskie w języku angielskim. Wiedzę z tych studiów wykorzystuję, gdyż jestem swoim menedżerem. Biznes mnie zresztą przyciąga, więc jeśli nie aktorstwo i show business, to może tam znajdę swe miejsce.

– Pisanie książek bywa jednak zajęciem „karkołomnym”. Jak doszło do tego, że Pani podjęła się tak trudnego zadania?

– Tak, to zajęcie bardzo trudne. Gdy dostałam od Helionu propozycję napisania książki, zastanawiałam się, czy to udźwignę. Miałam problem z napisaniem pracy licencjackiej, a to było tylko 60 stron, a nie 200, choć trochę zajęły zdjęcia. Radziłam się znajomych, motywatorów,  Mateusza Grzesiaka, ludzi, którzy piszą książki, jak oni to robią? Często zgrywałam na magnetofon swoje wypowiedzi i przypominałam, co chciałam powiedzieć, a później dopiero siadałam do pisania. Nie ukrywam, że wszystko zostało sprawdzone i poprawione przez ludzi, którzy się na tym znają, bo niestety – każdy robi błędy. Dlatego praca nad książką trwała ponad rok. Ciągle zresztą chciałam jeszcze coś dopisać, bo podczas kręcenia zdjęć zawsze zdarzała się jakaś ciekawa historia. Mogłabym więc stale coś dopisywać i nadal pisać książkę, ale przecież trzeba kiedyś skończyć. Stwierdziłam zatem, że opowieść jest na tyle ciekawa, że można ją zamknąć, a następne rozdziały dopisywać w przyszłości.

– Kręciła Pani filmy zarówno w Bollywood jak i Hollywood. Które produkcje mają liczniejszą widownię?

– Więcej widzów ogląda filmy Bollywood, ale Hollywood ogląda cały świat. Produkcje Bollywood oglądają tylko mieszkańcy Indii i krajów sąsiednich. Hollywood to stajnia filmowa nr 1 na świecie. Bollywood to nr 2. Hollywood dociera wszędzie. Moje filmy z Bollywood nie są emitowane w Polsce, bo Hindusom na tym nie zależy, żeby były u nas oglądane. U siebie mają ogromną publiczność. Średniej klasy film jest bowiem oglądany w Indiach przez większą ilość ludzi niż populacja Polski.

– Myślę, że zdecydowana większość ludzi filmu w Polsce chce odjechać pociągiem do Hollywood, jak w filmie Radosława Piwowarskiego. Nie chce tam Pani wyjechać na stałe?

– Swoją przygodę już miałam. W maju premierę miał w Cannes amerykański film pt. „The Green Fairy”, w którym wystąpiłam. To nie jest superprodukcja, ale produkcja festiwalowa z pogranicza dokumentu i filmu fantasy, opowiadająca historię absyntu. Dla mnie to wielkie wyróżnienie, przejść po czerwonym dywanie na festiwalu w Cannes nie jako gość, ale jako aktorka. To największa nagroda dla nas, że możemy pojawić się na takiej imprezie i zobaczyć na ekranie swój film. Praca w show biznesie jest bowiem ciężka. Niezależnie od tego, czy jesteśmy aktorami wielkiej klasy, spotykamy się w niej z hejtem, a także z problemami ludzkimi, np. z samotnością. Gdy wyjeżdżam na miesiąc, jestem całkowicie sama. Do tego dochodzą wymagania, które są nam stawiane. Dlatego po pewnym okresie grania wydaje mi się, że sama myśl o aktorstwie jest dużo bardziej ciekawa niż bycie aktorem. Zresztą sama nie wierzyłam, że będę aktorką. Do dziś się zastanawiam, czy to jest to, co chcę robić i czy robić będę? Myślałam, że przygoda z Bollywood będzie jednorazowa i skończy się po pierwszym filmie. Tymczasem na razie trwa i rozwija się. Staram się jednak nie planować za wiele i na nic nie zamykać, bo moje życie przez ostatnie trzy lata jest tak zwariowane… Robię rzeczy wręcz tak niemożliwe, że jestem ciekawa, co będzie dalej.

– Może zechce Pani zaistnieć również w modzie?

– Na festiwalu w Cannes pojawiłam się w sukni własnego projektu. Często się zresztą pojawiam na czerwonych dywanach i różnych imprezach we własnych kreacjach, ale tylko dlatego, że nie mogę znaleźć nic takiego, co by mi się podobało albo było w moich rozmiarach. Postanowiłam więc projektować swoje rzeczy. Nie ukrywam, że jeśli nie wyjdzie mi kariera aktorska, zajmę się projektowaniem, gdyż często dostaję pytania o moje ubranie. Notabene ludzie pytają też o to, czy jestem modelką czy fotomodelką? Niestety nigdy nie byłam. Dla mnie modelka to osoba, która utrzymuje się z tego, co robi. Ja utrzymuję się z filmów i show biznesu. Jeśli już jednak biorę udział w jakichś projektach, to jako Natalia Janoszek, a nie anonimowa modelka. Należy także rozróżniać miss od modelki. Miss to jest hobby.

– Skoro nic się Pani nie podoba i musi Pani projektować własne kreacje, żeby się dobrze w nich czuć, to znaczy, że ma Pani także świetny gust.

– To dłuższa historia. Gdy brałam za granicą udział w konkursach piękności, widziałam piękne sukienki znanych projektantów, na które nie było mnie stać, a te, na które mnie było stać, im nie dorównywały. Stąd też nasze dziewczyny na tle Kolumbijek czy Wenezuelek wyglądały słabo. Dlatego od ludzi, którzy bardzo dużo pracy wkładają, aby wyglądać świetnie na scenie, dowiedziałam się wiele. Dlatego też o wiele łatwiej i taniej było samej zrobić sukienkę i ją ozdobić, aniżeli kupić taką w Polsce. Potrzeba chwili matką wynalazku!

– Staje Pani w szeregu tych znanych twórców, którzy urodzili sie na obrzeżach Bielska-Białej, jak stracenianka Urszula Dudziak czy Radosław Piwowarski z Cygańskiego Lasu.

– Rozmawiałam już z nimi. Tak się akurat złożyło, że Radosław Piwowarski kręci film o Ani Przybylskiej, a ja jestem jej wielką fanką. Wiem, że poszukiwał autorki, która nie jest ograna w Polsce, niekoniecznie jest aktorką zawodową i trochę wyglądem jest podobna do Ani. Pomyślałam, że fajnie byłoby, gdyby mnie poznał… Ania była dla mnie takim motorem aktorskim. Też nie ukończyła szkoły aktorskiej. Była w tym biznesie, ale nie na siłę. Nie mieszkała na stałe w Warszawie, lecz w rodzinnych stronach, bo ceniła sobie rodzinę. To bliskie memu punktowi widzenia. Kiedyś powiedziałam, że Ania Przybylska jest moim idolem. Stąd zresztą pojawiły się w mediach spekulacje, czy zagram Anię w filmie o niej. Stąd się dowiedziałam o panu Radosławie i pomyślałam, że go muszę poznać, zwłaszcza, że też jest z Bielska-Białej.

– Z Urszulą Dudziak także nawiązała Pani kontakt?

– Widziałyśmy się w programie Dzień Dobry TVN dwa lata temu. Podeszłam do niej i powiedziałam, cóż to za zbieg okoliczności, że dzisiaj mamy wywiady w tym samym miejscu. Pani ze Straconki, ja ze Straconki. Zrobiłyśmy sobie wspólne zdjęcie i porozmawiały chwilę. Bardzo się cieszę, że ludzie z mego miasta czy w ogóle z Polski, osiągają sukcesy. Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy nie bałabym się konkurencji, jeśliby przyjechałyby do Indii kolejne aktorki z Polski. Nie, wręcz zachęcam, żeby przyjechać. Tam się kręci tak dużo filmów, że dla każdego znajdzie się miejsce. Mam kilku znajomych z Polski, którzy tam pracują. Trzeba się wspierać, żeby nikt nie czuł się samotny!