Niebanalni Madame JeanPierre



Madame JeanPierre to niedający się zaszufladkować zespół, którego trzon tworzą dwie niepowtarzalne osobowości. Połączenie nietuzinkowej barwy głosu bielszczanki Joanny Markowskiej  z niebanalnym stylem gry gitarzysty Macieja Muszyńskiego daje mieszankę, wobec której ciężko pozostać obojętnym. 

Z duetem Madame JeanPierre rozmawia Magdalena Bielska Koper.

Od kiedy trwa Wasza współpraca ?

Maciej Muszyński: W 2010 r. wróciłem z Irlandii kontynuować studia w Cieszynie i spotkaliśmy się w ramach zajęć na specjalizacji „jazz i muzyka rozrywkowa” na naszym uniwersytecie.

Jak wyglądały początki zespołu, gdzie odbywały się próby, gdzie odbywają się dzisiaj ?

Joanna Markowska: Maciek był moim akompaniatorem na zajęciach, gdzie wałkowaliśmy standardy jazzowe zgodnie z programem studiów, ale odkąd zaczęliśmy koncertować pojawiła się idea tworzenia autorskiego repertuaru. Próby graliśmy właściwie gdziekolwiek – na korytarzu w akademiku, na stancjach, czasem w salach wykładowych i ćwiczeniowych, ale to był czas kiedy jeszcze byliśmy duetem, a w większych składach graliśmy tylko sporadycznie. Teraz mamy już stały skład poszerzony o bas akustyczny i perkusję. Dzisiaj we dwoje przygotowujemy szkielet utworów, a potem na próbach wspólnie z sekcją pracujemy nad nim i klarujemy wizję tego utworu.

Gdzie odbył się Wasz pierwszy koncert ?

JM: Konkretów niestety nie pamiętamy, ale najprawdopodobniej był to jeden z występów pod banderą Uniwersytetu Śląskiego. W czasie studiów grywaliśmy głównie w Cieszynie i okolicach. No i w Bielsku-Białej oczywiście.

Jak wyglądała praca nad pierwszą płytą, czy dużo osób było zaangażowanych w jej powstanie?

JM: Płytę nagraliśmy w S-Tone Studio w Sosnowcu. Studio to prowadzi znakomity realizator i człowiek – Rafał Nowak służący radą,  pomocą  i swym ogromnym doświadczeniem. W ciągu dwóch dni nagraliśmy „na setkę” osiem utworów. Nasza muzyka zawiera element improwizacji, dlatego chcieliśmy nagrywać razem, jednocześnie. W sesji uczestniczył nasz kolega ze studiów Bartosz Mikołaj Nazaruk na perkusji oraz grający z nami do dziś świetny basista Jędrzej Łaciak. Do nagrań zaprosiliśmy także Denisa Ostrovnoia na saksofonie altowym.

MM: Osobnym tematem jest samo wydawnictwo płyty. Grafikę albumu przygotowała doktorantka UŚ, nasz dobry i zdolny duch Martyna Sobolewska. W wydaniu płyty uczestniczyło mnóstwo osób, ponieważ wsparły finansowo naszą akcję crowdfundingową. Byli to nasi przyjaciele, rodzina, znajomi, ale także wiele osób, które nas słuchają i uczestniczą w koncertach.

Asiu, czy inspirują Cię krajobrazy Islandii ? Wiem , że często tam bywasz…  Co Cię najbardziej inspiruje w tworzeniu tekstu?

JM: Islandia zapiera dech w piersiach, to prawda, ale jestem osobą dostrzegającą cuda natury w ogóle. Po powrocie do Polski staję oniemiała na naszym lotnisku i podziwiam grę świateł nad górami albo zachód słońca z mojego balkonu na Górnym Przedmieściu i nie ma dla mnie wtedy znaczenia, że chwilę przedtem stałam na szczycie klifu i podglądałam maskonury. Natura jest jedna.

W kwestii pisania tekstów zawsze mnie zastanawia fakt, że mnóstwo muzyków jest przekonanych, że wokalistki zajmują się równolegle pisaniem fantastycznych tekstów. Na tej samej zasadzie można wychodzić z założenia, że każdy muzyk instrumentalista potrafi to znakomicie robić. Niestety nie jest to prawda. Mój ojciec jest poetą – zresztą napisaliśmy utwór do jego wiersza „Zieleń” – w związku z czym może dziedzicznie spadł na mnie okruch tej umiejętności, ale nigdy nie pisałam z godną pozazdroszczenia łatwością.  Czasem grzebię w swoich starych wierszach i kleję z nich nową rzecz. Niektóre teksty na płycie liczą sobie kilkanaście lat! Wracając do sedna – w tworzeniu tekstu najbardziej inspirują mnie relacje w jakie wchodzę z ludźmi i sposób ich przeżywania. To ogromna siła i bomba emocjonalna.

Jakie są Wasze muzyczne inspiracje, fascynacje?

MM: To najtrudniejsze pytanie świata! To czego słucham zmienia się jak w kalejdoskopie. Ciągle poszukuje nowych brzmień gitarowych i brzmień w ogóle. Aktualnie słucham wielu artystów nowojorskiej sceny jazzowej takich jak Jonathan Kreisberg, Kurt Rosenwinkel, Gilad Hekselman, choć nie uciekam od artystów polskich jak Sławek Jaskułke czy ostatnio Rafał Sarnecki.

JM: Ja wbrew pozorom nie słucham zbyt wielu wokalistek, jestem raczej fanem męskich głosów. Cenię sobie bardzo jednak muzykę instrumentalną, kameralne składy jazzowe, a także możliwości jakie daje nam dziś elektronika.

Na waszych koncertach w Bielsku-Białej kluby zawsze były zapełnione po brzegi. Gdzie jeszcze koncertowaliście ?

MM: Cyklicznie występujemy w krakowskiej Piwnicy Pod Baranami i Klubojadalni „Korzeniowa” w Kazimierzu Dolnym. Oprócz Bielska-Białej własnie tam odnaleźliśmy publiczność, która pięknie potrafi odbierać naszą muzykę. Koncertowaliśmy także w Gliwicach, Rybniku, Warszawie, Katowicach, Opolu i wielu innych miastach.

Czy są plany na koncertowanie za granicami kraju?

JM: Owszem! Mamy marzenie zagrać na wiosnę na islandzkim festiwalu na Fiordach Zachodnich i może przy okazji w klubach w Reykjaviku. Islandczycy mają fioła na punkcie muzyki, wszystkie dzieciaki na czymś grają i śpiewają. Oprócz tego chcielibyśmy się wybrać do Berlina, Budapesztu i Barcelony, gdzie nasi przyjaciele nieustannie nas zapraszają, ale to wszystko przyszłość. Mamy nadzieję, że niedaleka.

 Powiedz coś o Waszej płycie – jaka jest? Kiedy możemy oczekiwać kolejnego albumu?

JM: „Lete” jest eklektyczna do granic możliwości. Wynika to z faktu, że jest ona podsumowaniem kilku lat bycia ze sobą w bliskiej relacji, z różnych fascynacji muzycznych i z ciągłych zmian życiowych w tym okresie. Jest na niej 6 utworów autorskich oraz 2 standardy jazzowe. Nasze utwory zyskały piosenkową jakość od kiedy scaliłam je z tekstami, ale Maciek pisał je jako niezależne pod kątem formy numery. Świetnie, że kiedy mnie nie ma, chłopcy mogą je grać bez ubytku w sferze melodii. Mamy na albumie piosenki do tekstów nie tylko moich, ale także mojego taty, pt. „Zieleń” i ukraińskiej poetki Liny Kostenko w angielskim przekładzie pt. „Wings”. Sam tytuł płyty „Lete”, pochodzi od piosenki, której tekst napisałam w podziwie dla faktu zapominania, które jest dla mnie jakimś równoległym wymiarem. Rzeczy tam giną, a potem wypływają, myśli są GDZIEŚ, ale nie wtedy kiedy ich potrzebujemy, słowa grzęzną na końcu języka, a znamy je – to jest przecież niesamowite! Lete w mitologii greckiej jest rzeką, której wody powodowały utratę pamięci.

Jesteśmy w połowie prac nad nową płytą i mogę powiedzieć tylko tyle, że będzie to album jednorodny, w pełni autorski,który Maciek kreuje swoim nowym gitarowym brzmieniem. Niedługo nagramy pierwsze wersje, które wpuścimy do sieci, więc zapraszam do śledzenia nas oraz do zapoznania się z „Lete”. Płytę można zdobyć na stronie empiku, bezpośrednio od nas, jesteśmy też na iTunesi Spotify, ale najbardziej zapraszamy na zakupy po naszym koncercie, który w Bielsku-Białej zagramy, mam nadzieję, już niebawem.

 Dziękuję Wam serdecznie za rozmowę, życzę jeszcze wielu płyt i pięknych koncertów.