21 października odbyła się premiera filmu „Szkoła uwodzenia Czesława M.” Zanim jednak to nastąpiło grający samego siebie Czesław Mozil odwiedził Bielsko-Białą, aby… zaśpiewać podczas gali finałowej tegorocznej edycji przeglądu twórczości literackiej Lipa 2016. Wykorzystaliśmy tę szansę, aby porozmawiać z artystą.

Z Czesławem Mozilem rozmawia Jan Picheta

– W piątek 21 października 2016 r. na ekrany kin wszedł film „Sztuka uwodzenia Czesława M.” Grał Pan w nim siebie czy był Pan sobą?

– Grałem postać Czesława M., ale taką postać, jak niektórzy chcą widzieć w magazynach plotkarskich – zagubionego, imprezującego chłopaka, który jednak nagle mówi „nie”, zrywa ze swoją dziewczyną i ucieka z show biznesu. Ja mogę grać tylko siebie. Po pierwsze nie mam aktorskich umiejętności, a po drugie mój duński akcent jest tak silny, że w przyszłości nawet – gdybym dostał taką propozycję – też mógłbym zagrać tylko siebie. Cieszę się jednak, że zaproponowano mi taką rolę. To jest bowiem lekka komedia i trochę nabijam się z własnej postaci.

– Tworzy Pan swoją karykaturę?

– Trochę tak. Nawet dziś podczas „Lipy” [XX Ogólnopolskiego Przeglądu Dziecięcej i Młodzieżowej Twórczości Literackiej „Lipa’2016” w Bielsku-Białej, w czasie którego artysta wystąpił – przyp. red.] powiem do dzieci i młodzieży o ironii i dystansie, bo zapominamy w Polsce, że można śmiać się z siebie i patrzeć z dystansem na własną historię. Powiem im również, że czasami niewybitny tekst, gdy jest fajnie zaprezentowany, też ma prawo bytu. I odwrotnie – dobry, cudowny tekst może być spłaszczony muzycznie, a to powinno współgrać. Powiem, żeby tworzyli, mimo krytyki. Każdą krytykę muszą „wziąć na klatę”, bo przecież czasami porażki są inspirujące, a sukcesy mogą człowieka rozleniwić.

– Sportowcy mówią, że przegrane mecze uczą więcej niż zwycięstwa.

– Taka jest prawda.

– Co Pan czuł, gdy oglądał film z sobą w roli głównej po raz pierwszy?

– Czuję wielki niedosyt. Gdy bowiem nagrywam płytę, mogę kontrolować niemal wszystko. Gdy nawet oddaję pole do popisu swoim muzykom, ufam im i czuję się bezpiecznie. Machina filmowa to jednak 80 realizatorów plus dużo osób z post produkcji. Pełno ludzi, którzy – z całym szacunkiem – albo się na tym bardzo dobrze znają, albo znają się mniej. Dlatego czuję niedosyt. Oczywiście bardzo się cieszę i jestem dumny, że film dokończyliśmy. Bez względu jednak na to, czy film będzie miał dobre recenzje, czy nie, bezczelnie chciałbym kontynuować przygodę z nim, bo mam poczucie, że moi duńscy muzycy, którzy też w nim wystąpili, wypadli strasznie śmiesznie, jak „Gang Olsena”, który w polskiej rzeczywistości nie może się odnaleźć.

– Czyli redakcja nasza może rozpisać konkurs na II część filmu…

– Dokładnie tak. Na pewno scenariusz filmu jest cudowny, dużo rzeczy się świetnie udało, a wczoraj w Warszawie sala się śmiała, choć nie jest to typowa komedia. W tym filmie jest dużo polskiej melancholii i czeskiego humoru. Czasami nie wiemy, czy mamy się śmiać. To jest coś innego, niż widzimy od dawna w polskim kinie. To nie głupkowata komedia, tam nie ma slapstickowych dowcipów i żartów. Wszystko jest stonowane melancholią. Czy to jest niezwykłe, trudno mi ocenić, ale na pewno inne, niż w polskim filmie.

– Wspomina Pan o czeskim poczuciu humoru. Gustuje Pan w czeskim filmie, literaturze, sztuce?

– Reżyser Aleksander Dębski, który także pisał scenariusz, uwielbia czeskie kino, dlatego inspirował się nieco wolniejszym tempem. Myślę, że udało się zrobić dobry film.

– Nie obawiał się Pan, że po emisji ktoś powie o panu. – To świetny muzyk, ale trzeciorzędny aktor…

– Ależ pewnie, że tak, tylko, że ja znam swoją pozycję. Nie nazywam siebie aktorem. Mam za to dość dużo bezczelności i odwagi, żeby zagrać w filmie samego siebie. Nie sądzę, żebym był wielkim odkryciem aktorskim, ale na pewno też nie ma „wiochy”.

Zdjęcie: Jan Picheta

 

Komentarze