Kocham zmęczenie



Rozmowa z Maksymilianem Wiśniowskim, kolarzem górskim, uczniem kl. VI Szkoły Podstawowej nr 27 w Bielsku-Białej.

Kolarstwo górskie jest Twoją główną dyscypliną, ale odnosisz sukcesy także w pokrewnych konkurencjach. Jakie są Twoje ostatnie osiągnięcia sportowe?

– Startuję w zawodach kolarstwa górskiego. W moim koronnym sporcie odnoszę sukcesy, gdyż właściwie każde zawody kończę w okolicach pierwszej piątki zawodników. Udało mi się wygrać ciekawe zawody na czas w Jaworznie, kilka razy stawałem na podium zawodów na Śląsku i w Małopolsce. Ponadto uprawiam sporty uzupełniające. Ostatnio zająłem drugie miejsce w zawodach o Puchar Polski w dyscyplinie BMX racing w kategorii żaków do lat 12. Wygrałem Międzynarodowy Cross Triathlon w Ostrawie (200 m pływania, dwa km jazdy na rowerze, 1 km biegu) oraz cross triathlon w Kędzierzynie Koźlu. Startuję w dyscyplinie BMX racing, żeby wyćwiczyć szybkość, technikę, a także umiejętność walki na torze, na którym rywalizuje obok siebie ośmiu zawodników. Cross triatlon natomiast zawiera w sobie jako jedną z dyscyplin kolarstwo górskie, więc w tej konkurencji też biorę udział.

– Jakie były początki Twej przygody z rowerem górskim?

– Nauczyłem się jeździć na rowerze, gdy miałem trzy lata. Po roku tata wziął mnie na Rodzinny Rajd Rowerowy w Bielsku-Białej. Tam złapałem bakcyla. Poważniej trenuję od czterech lat. Początkowo pod okiem ojca. Właśnie cztery lata temu tata zaproponował mi udział w ostatnich – jak się okazało – zawodach kolarstwa górskiego cross country w Bielsku-Białej, które w swojej kategorii wygrałem. Owszem – organizowane są zawody enduro (na Koziej Górce są nawet specjalne trasy obok toru saneczkowego), ale jestem jeszcze za młody, żeby w nich wziąć udział. Kilka razy w roku można też ścigać się na torze pumptrack na bielskich błoniach. Niestety ostatnio inne starty przeszkodziły mi w tej konkurencji. Dwa lata temu tata zabrał mnie do Zatora na spotkanie z trenerem Panem Sebastianem Żabińskim, cały wieczór oglądaliśmy filmy z zawodów i treningów klubowych i już drugi sezon jestem zawodnikiem klubu o nazwie Goodman Sokół Zator. W klubie panuje doskonała atmosfera, moje koleżanki: Rita, Gabrysia i Inez to chyba najbardziej uśmiechnięte zawodniczki w kolarstwie i najbardziej waleczne, koledzy Marcin i Michał również. Nasz trener ma znakomite podejście do młodzieży, co owocuje dobrymi wynikami; do zatorskiego klubu powędrowało kilka koszulek mistrza Polski.

– Ile godzin dziennie trenujesz?

– Staram się wsiadać na rower codziennie. Zazwyczaj około godziny dziennie, łącznie z sobotami i niedzielami, jeżdżę po górach w Wapienicy lub Cygańskim Lesie. Czasami wybieramy się na dłuższe wyprawy z kolegami, np. na Szyndzielnię. Odcinki szybkościowe, według planów trenera (np. serie dziesięciosekundowe „na maksa”), pokonuję na parkingu obok szkoły. Czasem wystarczy niewielki podjazd obok domu, aby zrobić zadany trening. Ćwiczenia uzupełniam bieganiem i pływaniem. Rzadko zdarzają się dni wolne od treningów lub zawodów, które w sezonie odbywają się każdego weekendu. Gdy nie trenuję, to znaczy, że coś się stało.

– Jak wygląda Twój obecny trening?

– Obecnie wypoczywam. Od początku listopada miałem okres całkowitego wypoczynku. Teraz powoli rozpoczynam przygotowania już do nowego sezonu. Jak mówi trener Sebastian Żabiński – od połowy stycznia będę spać z rowerem.

– Masz duże łóżko?

– Piętrowe! Nie będzie problemu.

– Ile masz rowerów?

– Tylko dwa. Do kolarstwa górskiego i do BMX racingu.

– Tylko Ty się nimi zajmujesz, czy masz mechanika?

– Na razie tylko ćwiczę się w usuwaniu drobnych awarii na trasie. Mam zaprzyjaźnionego mechanika, Maćka Wojtowicza, który także jeździ ze mną i ćwiczy technikę. Czasem – w gardłowych sytuacjach – przyjeżdżamy z tatą do niego o g. 23.00 i prosimy, żeby coś naprawił, bo rano jedziemy na zawody.

– Masz swoich idoli czy sportowe autorytety?

– Moimi autorytetami są starsi koledzy i koleżanki z klubu, staram się ich podglądać na zawodach. W zeszłym roku poznałem naszego olimpijczyka z Londynu Marka Konwę, który wziął mnie na kilka treningów i zdradził parę technicznych tajemnic, zresztą jest dobrym przyjacielem wspomnianego wcześniej Maćka, więc układa się z tego duża kolarska rodzina.

– Co jest najistotniejsze w kolarstwie?

– Myślę, że hart ducha. Mój klubowy kolega Michał Śliwiński nie pojechał na wakacje do Chorwacji, został sam w domu, żeby nie przerywać cyklu treningów i nie stracić zawodów  o Puchar Polski, które wygrał, a jest tylko dwa lata starszy ode mnie.

– Jakie pojawiły się w Twym życiu trudności, odkąd zacząłeś uprawiać sport wyczynowo?

– Odtąd żaden przyjaciel nie potrafi wbić się w mój grafik zajęć…

– Co podoba Ci się najbardziej w kolarstwie górskim?

– Najbardziej podoba mi się zmęczenie. Lubię też rywalizację z innymi zawodnikami.

– Lubisz się męczyć psychicznie?

– Psychicznie mniej…

– Kolarstwo to sport bardzo niebezpieczny?

– Jest niebezpieczny jak właściwie każdy niemal sport, ale jeśli człowiek się odpowiednio zabezpieczy, ryzyko wypadku można ograniczyć. Staram się nie ryzykować niepotrzebnie i kiedy np. trenuję technikę zjazdu na trudnych odcinkach specjalnych zakładam ochraniacze, „zbroję” i kask zakrywający szczękę.

– Tata się nie boi o syna?

– Raczej mama. Popłakała się, gdy zobaczyła samą trasę i to nie tę najtrudniejszą… Kiedyś powiedzieliśmy mamie, że wpadłem do rowu. Mama myślała, że to taki rów jak przy drodze i jakoś przeżyła ten upadek. Dopiero niedawno pokazaliśmy jej, co to był za rów. To nie rów, a przepaść! Powiedziała: – Gdybym wiedziała, że wpadł do takiego rowu, to bym zwariowała.

– Czy dzięki kolarstwu górskiemu chcesz zostać krezusem?

– Na razie rodzice do mnie dopłacają…

– Czy w kolarstwie dzieci i młodzieży – tak jak w piłce nożnej – zdarzają się tzw. KOR-y, czyli Kluby Oszalałych Rodziców?

– Rodzice spotykają się z rodzicami innych zawodników przy okazji zawodów, omawiają pewne sprawy jak treningi itp., z niektórymi są nawet dobrymi znajomymi, ale szaleństwa nie ma.

– Obecnie w sporcie bardzo ważna jest kuchnia. Rodzice dbają o Twą sportową dietę?

– Mama przygotowuje mi specjalne koktajle, na które składają się jogurt, jarmuż i owoce. Pilnuje, abym jadł regularnie. Na śniadanie jem zazwyczaj musli, potem jeszcze kilka posiłków. Prawie do każdego obiadu jem sałatkę warzywną. Powinienem jeść więcej ryb, ale wolę indyki. Rodzice są czasem przerażeni tym, ile potrafię zjeść. Przed startami muszę preferować dietę lekkostrawną i kaloryczną, czyli makarony.

– Stosujesz już doping?

– Najlepszy doping to ten rodziców i kolegów na trasie. Czasem dostaję witaminy. I świeże powietrze!

Rozmawiał Jan Picheta

 

Komentarze