Paweł Ornatkiewicz ma 81 lat  i jest studentem prawa Wyższej Szkoły Finansów i Prawa w Bielsku-Białej. To najstarszy student nie tylko w Bielsku-Białej.

Panie Pawle, poprosiłam Pana o wywiad dlatego, że ma Pan 81 lat i jest osobą pełną życia, uśmiechniętą dodatku w dalszym ciągu chcącą podnosić swoje wykształcenie i poszerzać wiedzę. Jak to się dzieje, jak Pan to robi, że ma Pan tyle energii i siły w sobie?

– Miałem dobrą podstawę, bazę wyjściową. Okres młodzieńczy uformował mnie jako pragmatyka, nieuznającego skrajności, wytrwałego w zamierzeniach, indywidualistę oraz wolnego, nienależącego do żadnych partii politycznych. Postawę taką wykształcił u mnie Tata, sandomierzanin, znakomity adwokat, cywilista, adwokat Kurii Sandomierskiej, zaprzyjaźniony z Romanem Dmowskim, aresztowany w akcji AB przez Niemców i wywieziony do Dachau. Przeżył to piekło i zmarł w 1951 r. Mama moja była z kresów litewskich, a rodzina jej, powiązana z generalicją wojsk carskich, została wymordowana przez bolszewików w 1918 r. Mając wiec takie klasowe, „reakcyjne” powinowactwo nie mogłem, kończąc liceum w 1953 r., być skierowany przez szkołę na żadne studia. Rozpocząłem studia mając lat 17 i pół na Wydziale Historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (niestety prawo zostało skasowane na KUL w 1951 r.).  Po pseudozmianie „październikowej” w 1956 r. przeniosłem się na Uniwersytet Warszawski (za zgodą Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego), który ukończyłem w 1958 r. Potem pracowałem w ministerialnych instytucjach rządowych, gdzie cieszyłem się (nie będąc partyjnym!) uznaniem i powagą. Ale zawsze chciałem być prawnikiem i dziś mogę to realizować.

Jakby Pan porównał obecne studiowanie z tym sprzed kilkudziesięciu lat, czy dużo Pana zdaniem się zmieniło w sposobie nauczania?  Jak to było w latach 50?

– Mogę porównać KUL, Uniwersytet Warszawski i dzisiejszą moją uczelnię, Wyższą Szkołę Finansów i Prawa. Te dwie pierwsze uczelnie w latach 50. były przeludnione studentami. Liczba 400 słuchaczy na roku była standardem, ale mimo to zawiązywały się przyjaźnie, uczestniczyliśmy w kołach naukowych i wspólnym życiu towarzyskim. To sprzyjało integracji i więzi koleżeńskiej po ukończonych studiach.  Egzaminatorzy musieli przeegzaminować wszystkich ustnie,  co było dla nich dodatkowym profitem finansowym, a panie  z dziekanatów były wszechwładnymi, często aroganckimi szafarzami łask. Przedmioty wykładowe były nasycone ideami socjalistycznymi na wzór ZSRR, a żadnych pytań niesłusznych nie można było zadawać. Był jeden słuszny kierunek myślenia. Dziś student nie jest ograniczony w swoich wypowiedziach. Ma wolność myślenia i wypowiedzi. Ma też możliwość „postawy roszczeniowej”, tzn. niech uczelnia mu dziękuję, że w ogóle tu jest. Często przeradza się to w możliwość żądania od uczelni więcej, aniżeli uczelnia może dzisiaj spełnić. Elektronika wprowadziła ujemne zjawiska, dziś liczy się tylko sukces i ponad to nic więcej. Koleżeństwo jest doraźne, tymczasowe, a same uczelnie nie spełniają waloru wychowawczego tak istotnego w procesie kształcenia, bo mają tylko przekazać wiedzę.

– Czy zdarzały się sytuacje , że wykładowcy byli zdziwieni widząc Pana na zajęciach? Może myśleli,  że jest Pan w celu hospitacji zajęć, a nie jako student…

– Zawsze  spełniam miły obowiązek przy pierwszych zajęciach: przedstawiam się, że jestem studentem. Przyznaję, że siedząc w pierwszej ławce w sali wykładowej często korci mnie żeby coś uzupełnić. Ale znam swoje miejsce w szeregu.

Jest Pan obecnie emerytem z bogatym doświadczeniem zawodowym. Czy nie chciałby Pan już odpoczywać w domu z książką w ręce lub relaksować się w sanatorium?

– Jeszcze nie. Chce być w dalszym ciągu mobilny, choć obecnie, niestety spełnia się to tylko w części dotyczącej działalności umysłowej.

Dlaczego Bielsko–Biała i Wyższa Szkoła Finansów i Prawa skoro na stałe mieszka Pan w Warszawie?

– Na to pytanie odpowiem tak jak na inauguracji roku akademickiego w 2015 r., kiedy otrzymywałem nagrodę JM Rektora za najlepsze wyniki studiów: „Podbeskidzie jest najpiękniejszym regionem Polski, są tu pracowici i mądrzy ludzie i są przepiękne dziewczyny”. Dostałem burzliwe oklaski za to co powiedziałem. Ale przecież mówiłem prawdę! Uczelnia spełnia moje oczekiwania. Jest „kameralna”, życzliwa, nie anonimowa w stosunkach personalnych. Z ogromną satysfakcją przyjeżdżam na zajęcia, choć jest to dla mnie uciążliwe, chociażby ze względu na moją niesprawność.

Dodam z przyjemnością o jeszcze jednym walorze naszej uczelni, a mianowicie o wspaniałym zadbanym ogrodzie-parku, który jest dziełem Pani Dyrektor, założycielki uczelni. Aż się prosi o wykonanie o nim albumu!

Czy Uczelnia spełnia Pana oczekiwania względem poziomu nauczania czy też atmosfery studiów? 

– Częściowo odpowiedziałem wcześniej, a tu muszę dodać, że wszyscy wykładowcy są przygotowani do zajęć, punktualni, chętnie wdają się w dyskusję. Mam przekonanie o słuszności prowadzenia wykładu z elementami ćwiczeniowymi, dyskursywnymi. Jest to możliwe ze względu na niezbyt dużą liczbę studentów. Wykładowcy mieszczą się w czasie w realizacji przedmiotu zgodnie z programem. A co do życzliwości odpowiem, że było by pięknie, gdyby taka atmosfera panowała również na innych uczelniach..

Dziękuję za wywiad. Czego mogę Panu życzyć oprócz zdrowia  i oczywiście „połamania pióra” przy pisaniu pracy magisterskiej?

– Życzyłbym sobie zdrowia i wytrwałości i dalszej skutecznej pomocy i cierpliwości ze strony żony i syna, od których tak dużo dostaję.

Rozmawiała: Ewa Grygierczyk, WSFiP

Komentarze