W Bielsku-Białej wszystko mi się składa!



Rozmowa Jana Pichety z dyrektorem Teatru Polskiego Witoldem Mazurkiewiczem.

 

– Urodził się Pan w samym centrum Bielska-Białej. Czy Pan jest zatem bielszczaninem z dziada, pradziada?

– Bielszczaninem jestem, jeśli tak można powiedzieć, „z dziada”. Rodzina mojego ojca pochodzi z okolic Sanoka i Leska, rodzina mamy z Radomska, a ja urodziłem się w budynku u zbiegu ul. Słowackiego i Grunwaldzkiej. Nawet nie wiem dlaczego, gdyż urodziłem się w mieszkaniu mojej ciotki. Z powodu braku akuszerki czy położnej odbierał mnie słynny bielski psychiatra, społecznik, rysownik i pięściarz Olgierd Kossowski, który mieszkał po drugiej stronie ulicy Słowackiego. Mogę zatem powiedzieć, że opiekę psychiatryczną miałem zapewnioną od niemowlęctwa. Jako dziecko obserwowałem pana doktora, który był charakterystyczną i ekscentryczną figurą Bielska-Białej. W ogóle ta dzielnica obfitowała w postacie ekscentryków. Blisko mieszkał dyrektor Szkoły Przemysłowej w Bielsku-Białej prof. Karol Górka, którego asystentem był mój ojciec. Odróżniał się samym wyglądem zewnętrznym. Chodził w pumpach, zawsze pod muszką, o lasce; miał ogoloną głowę. Bielsko było w latach 60. ośrodkiem, który wyróżniał się na tle innych miast. Na przełomie lat 70. i 80. udało mi się stąd wyjechać, więc miałem możliwość konfrontacji mojego miasta z innymi. Gdy na przykład pojechałem do mojego kolegi, który studiował w Lublinie, to dla mnie był – w postrzeganiu zewnętrznym – szok kulturowy. Oczywiście później sam mieszkałem w Lublinie, prowadziłem Teatr Provisorium i Kompanię Teatr. To już było inne miasto, a dziś to miasto europejskie, ale gdy przyjechałem po raz pierwszy, to rzeczywiście przeżyłem szok! Poczynając od architektury, ludzi, sposobu bycia i ubierania. Do dziś Bielsko-Biała to miasto eleganckie, wygodne, kompaktowe. To, co mówię, może być dla ludzi, którzy mieszkają tu całe życie, bardzo dziwne, ale mnie tu 30 lat nie było i postrzegam to miasto na nowo – z ogromną atencją, miłością i fascynacją. Przemieszkałem poza nim wiele lat w różnych miejscach. Ludzie, którzy powracają do miejsca urodzenia mają wspomnienia, które urastają do miana niewyobrażalnych, bo nie można ich zweryfikować i złożyć z czymś, co było później i dalej. A ja mam tę możliwość. Mnie się to wszystko składa! Oczywiście poza takimi rzeczami, które kiedyś wydawały się wielkie, a dziś mają inny wymiar. Np. pamiętam ogromne góry w parku Słowackiego. Dziś to są trawniki, ale wtedy nie mogłem się na nie wdrapać. Niektóre były nie do przejścia.

– Jakie przeżycia z dzieciństwa zapadły Panu szczególnie w pamięć?

– Moja przeżycia związane są z miejscami. Najpierw chodziłem do Przedszkola nr 2 przy ul. Adama Asnyka w Bielsku-Białej (obecnie przy ul. Bolesława Krzywoustego).  Tam pracowała także moja mama. Później chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 16 także przy ul. Asnyka, do pobliskiego LO nr IV przy ul. Mickiewicza do pierwszej klasy. Stamtąd – co prawda – nie wyrzucono mnie, ale zasugerowano, że w ogóle do liceum się nie nadaję. Zmieniłem więc liceum na Mikołaja Kopernika, które chwalę sobie do dzisiaj. Jest to kolejne miejsce, o którym można gadać w nieskończoność – jak o podstawówce czy parku Słowackiego. Inne szczególne miejsce to wzgórze Trzy Lipki, puste wtedy jeszcze, a dziś już zabudowane.  Moje wspomnienia są związane z porą zimową. Od dziecka bowiem uprawiałem narciarstwo i robię to do dziś. Tam, gdzie stoi teraz budynek starostwa, a wcześniej województwa, była ogromna góra, z której w gronie kolegów zjeżdżaliśmy na nartach i sankach. Nazywała się Żołnierska od nazwiska właścicielki tych gruntów. Dalej były tzw. „Ogrody” i kolejne stoki, a w końcu Trzy Lipki. Wspominam oczywiście czasy wczesnodziecięce. Wtedy jeszcze na podwórzach szkolnych zimą wylewano wodę i place zmieniały się w  lodowiska.

– Właścicielką terenu, o którym Pan mówi, była zapewne Albina Żołnierska. Robiłem z nią w 1983 r. wywiad dla Informatora Kulturalnego Województwa Bielskiego. Osiadła tu – jak mi powiedziała – na hektarze ziemi z falą uchodźców z Pniatyna k. Lwowa. Zajmowała się amatorsko m.in. malarstwem. Teraz mieszka tam jej syn Józef Żołnierski, znany działacz sportowy…

– Tak. On mieszka nadal przy ul. Karłowicza, a nieopodal i ja dziś mieszkam. Dosłownie sto metrów od miejsca, w którym spędziłem całe dzieciństwo, a gdzie do dziś mieszka moja mama, przy ul. Piastowskiej 30. Notabene po 30 latach zatoczyłem takie magiczne koło. Mieszkam bowiem w miejscu, w którym wszystko się zaczęło i w którym generują się wspomnienia. Chodzę teraz w miejscach, w których wszystko żyje na nowo i wysnuwa się jak z kłębka. Jeśli zacząłem od góry Żołnierskiej, to przypominam sobie, że tam spotykałem się z moimi rówieśnikami, a dziś znanymi ludźmi, jak np. prof. Edward Wylęgała – wybitny okulista, były konsultant krajowy w dziedzinie okulistyki, czy były szef Krajowej Rady Notarialnej Jacek Przetocki, z którym chodziłem do klasy maturalnej. Dziś mieszkam w domu, w którym on mieszkał jako dziecko. Z nami był nieco starszy dr Rafał Muchacki, który też kończył LO im. Kopernika, a także nieżyjący już dr Marek Dybczak – znany radiolog. Później – wiadomo – przestaliśmy jeździć z takich małych górek i ruszyliśmy w prawdziwe góry. Z Szyndzielni, Skrzycznego, Wielkiej Raczy czy Lipowskiej też mam całą masę wspomnień. Pamiętam klęskę żywiołową podczas wyprawy na Rycerzową w styczniu 1979 r. Ogłoszono w Dzienniku Telewizyjnym, że przedłużają nam ferie!

foto: Krzysztof Grabowski/ Teatr Polski

– Czym zatem było dla Pana bielskie dzieciństwo?

– Dzieciństwo było dla mnie beztroską zabawą, związaną z tym, czym Bielsko-Biała jest dla mnie w ogóle – oazą kultury i aktywnego trybu życia. Słowem jest czymś fantastycznym. Owszem pamiętam jeszcze coś, czego dzisiaj mi brakuje – dwóch rzeczy związanych z dźwiękiem. Pierwszym dźwiękiem, którego już nie ma, były od rana dzwoniące tramwaje na ul. Piastowskiej. Jeździły na Hulankę w szpalerze drzew – lip i kasztanów czy topoli, których też już nie ma. Drugi dźwięk, który jest charakterystyczny dla Bielska-Białej, to dźwięk latających samolotów. Tego nigdzie indziej nie przeżywałem i wróciłem do tych dźwięków, które notabene mi nie przeszkadzają. Są zresztą jeszcze inne dźwięki, których ludzie sobie nie uświadamiają. W Bielsku-Białej mieszkałem przy ul. Słowackiego na rogu z ul. Nad Niprem bardzo wysoko, nad dachami całego starego miasta i tam sobie uświadomiłem, że Bielsko-Biała jest także miastem niezwykle wielu jednocześnie dzwoniących dzwonnic. To jest koloryt właściwy tylko dla tego miejsca.

– Czy bakcylem teatru zaraził się Pan także w Bielsku-Białej?

– Oczywiście, że tak. Często chodziłem do Banialuki, bo to naprawdę do dziś niezwykle prężny teatr, jeden z absolutnej czołówki krajowej. Później bywałem także w Teatrze Polskim. Pamiętam, jak Marek Mokrowiecki grał „Hamleta” w reżyserii Alojzego Nowaka. Widziałem go kilka razy. Nie wiem, co dziś powiedziałbym o tym spektaklu, ale wtedy był dla mnie strasznie odkrywczy. Ubrany w czarne skóry Marek Mokrowiecki wyglądał jak żużlowiec Edward Jancarz. To mnie fascynowało. Kolejny spektakl to „Królowa Przedmieścia” Konstantego Krumłowskiego w reżyserii Jerzego Uklei. Może to nie do końca wybitna rzecz, ale także utkwiła mi w pamięci – songi, wspaniała historia, adeptka Iwona Biała, która aspirowała do teatru. Pamiętam ten klimat, ten zapach. Ochotę do uprawiania zawodu aktora powziąłem na pewno w szkole średniej. Jako osiemnastolatek zdawałem do wymarzonej szkoły teatralnej w Krakowie. Miałem spotkanie z prof. Jerzym Stuhrem, ale on był przekonany, że ze mną się ta aktorska historia nie uda. Osiemnastolatek zdający do szkoły teatralnej to rzeczywiście nie był najszczęśliwszy pomysł. Nie byłem wtedy przygotowany emocjonalnie i dojrzały. W związku z tym moja przygoda z aktorstwem nastąpiła szybciej… Nie dostawszy się do szkoły teatralnej w Krakowie, zostałem adeptem w Banialuce. Dyrektor Jerzy Zitzman przyjął mnie do teatru, w którym pracowałem przez rok. To był okres, który pozwolił mi dojrzewać pod każdym względem. To była pierwsza dorosłość – zderzenie z pracą zawodową, od razu ze sceną, z pierwszymi rolami. Zadebiutowałem jako któraś tam „gąska” w spektaklu Gustawa Morcinka „Zuzanka i utopce”. Grała w nim także aktorka, która występuje do dziś w Banialuce – Maria Byrska, grał Gienek Jachym, nieżyjąca już Wieśka Cader. Pamiętam, że grałem u wybitnego reżysera teatrów lalkowych, śp. Andrzeja Dziedziula. To był bardzo ważny dla mnie rok. Dlatego tak chętnie do niego wracam wspomnieniami.

– Banialuka sprawiła, że skończył Pan studia lalkarskie?

– Tak, skończyłem Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku warszawskiej Akademii Teatralnej. Lalka to bardzo ciekawe doświadczenie. Dlatego, o ile tylko mogłem i pani dyrektor Lucyna Kozień mnie zapraszała, starałem się realizować spektakle w Banialuce, zwłaszcza takie, które są dla mnie odskocznią, czyli przedstawienia dla najmłodszych. Nie udaję bowiem, że robię teatr dla dorosłych w teatrze lalek. Dla mnie ważny jest widz najmłodszy, bo go wtedy edukujemy, kształcimy i przygotowujemy, żeby potem przychodził do Teatru Polskiego. Misja to nie jest wyświechtane słowo. Ja w ogóle teatr postrzegam jako misję, a im starszy jestem – tym bardziej! Dobrego teatru musimy uczyć najmłodszego widza – w wieku od lat trzech do sześciu! Z tym widzem nie ma dyskusji. Oszukiwany, okłamywany po dziesięciu minutach przestaje reagować! On musi być pochłonięty spektaklem przez 45-55 minut wskutek formy i poważnej rozmowy z nim na tematy, które go interesują. To mnie – że tak powiem – kręci! Ostatnio dostałem esemesa z gratulacjami od pani dyrektor Kozień, bo „Calineczka” w mojej reżyserii, która dostała Złotą Maskę za najlepszy spektakl, przekroczyła granicę dwustu spektakli. Lubię pracować w teatrze lalek. To są moje szczęśliwości!

– Banialuka jest zatem kolejnym miejscem w Bielsku-Białej, które przeżywa Pan ciągle na nowo?

– Tak, to bardzo ważne miejsce wśród tych, które mnie kształtowały. Bo Banialuka to Bielsko-Biała.

– Podobną drogę do Pańskiej przeszedł także inny wybitny artysta, założyciel aktorskiego rodu – Henryk Machalica, nb. urodzony w Chybiu.

–  Wielu aktorów, którzy kończą później jako artyści dramatyczni, zaczynało od lalkarstwa – poczynając od Mai Komorowskiej, a kończąc na aktorach, którzy pracują także w Teatrze Polskim. Ja aktorów nie kategoryzuję i nie oceniam, ale ci, którzy zaczynali od lalkarstwa, mają innego rodzaju wyobraźnię, pozwalającą na nowe, oryginalne poszukiwania, zarówno w sposobie grania, jak i budowania scen czy sposobie traktowania własnego ciała.

– Czy w młodości występował Pan także na deskach Teatru Polskiego?

– Nie. Miałem bowiem – jak to się teraz w języku młodzieżowym określa – „parcie”, żeby jednak dostać się do szkoły teatralnej. To było dla mnie bardzo istotne. Banialuka skłoniła mnie do tego, że przestałem się upierać przy wydziale dramatycznym, lecz skierowałem kroki ku wydziałowi lalkarskiemu w Białymstoku. To zresztą też strasznie ważne miejsce, choć tak odległe od Bielska-Białej. Tam skończyłem szkołę teatralną i pojechałem do Pragi. Przygoda z Teatrem Polskim w Bielsku-Białej zaczęła się jednak dużo później. Zacząłem tu przyjeżdżać już ze swoimi spektaklami – z Teatrem Provisorium i Kompanią Teatr. W tych teatrach spędziłem 15 lat bardzo intensywnego życia, gdyż prawie w ogóle nie wysiadaliśmy z samochodu czy samolotu, tylko podróżowaliśmy po całym świecie ze spektaklami, które zrobiły trochę zamieszania – poczynając od „Ferdydurke”. Jej pięćset realizacji obchodziliśmy już bardzo dawno temu, z czego 200 zagraliśmy po angielsku w USA i na Wyspach. Myślę, że obecnie spektakl ten był grany już ponad 600 razy. Z „Ferdydurke”, którą reżyserowałem z Januszem Opryńskim, byłem po raz pierwszy najpierw w Banialuce, zaproszony przez Krzysztofa Raua – a po kilku miesiącach na bielskiej scenie dramatycznej. Drugi spektakl, który objeździł trochę świata to „Do piachu”, ale „Ferdydurke” nic nie przebije. Zrobiła zupełnie fenomenalną karierę na świecie. Dawała pracę naszemu zespołowi przez długi czas na wszystkich kontynentach. Jednego dnia graliśmy w Tokio, za dwa dni w Moskwie, a za chwilę w Bielsku-Białej. Tak to wyglądało przez 15 lat. W Bielsku-Białej też byłem ze spektaklem „Do piachu” Tadeusza Różewicza oraz z „Transatlantykiem” Witolda Gombrowicza. Ten teatr miał dla mnie zupełnie magiczny wymiar. Znam wszystkie teatry w Polsce, ale ten ukochałem niezwykle – za jego klimat, zapach, coś co tu jest zupełnie innego niż gdzie indziej. Dziś też jeździmy z naszym bielskim zespołem, ale gdy tylko na siebie popatrzymy, wiemy, że najlepiej w sensie magii i klimatu jest tutaj! Nasz teatr jest bombonierką. To jest genius loci. Są teatry, które mają więcej lat, ale w Bielsku-Białej przez 125 lat cały czas był teatr. Nigdy nic innego. Siedzi pan pod portretem Ludwika Solskiego, który też był kamieniem milowym tego teatru. Pewnie więcej powiedzieliby znawcy i teoretycy – dr Andrzej Linert, dr Jacek Proszyk czy Janusz Legoń, ale i ja się czasem zadumam nad historią naszej sceny.

 

foto w nagłówku: Krzysztof Grabowski/ Teatr Polski

 

 

 

Komentarze