Turniej Tenisa Ziemnego Artystów Polskich pod Patronatem Marszałka Województwa Śląskiego o Puchar Prezydenta Miasta Bielska-Białej (tak brzmi pełna nazwa tej imprezy) odbywa się co roku na kortach Hotelu Spa Jawor w Jaworzu. W tym roku konkurują ze sobą: Stan Borys, Marcin Daniec, Wojciech Dąbrowski, Jan Englert, Zbigniew Górny , Władysław Grzywna, Dariusz Kamys, Leszek Malinowski, Jacek MEZO Mejer, Łukasz Pietsch, Maurycy Polaski, Grzegorz Poloczek, Krzysztof Respondek, Henryk Sawka, Tomasz Stockinger, Karol Stopa.

W poniedziałkowe i wtorkowe po południe odwiedziliśmy Jaworze, aby obejrzeć występy artystów na hotelowych kortach. Na zdjęciach walka Maurycego Polaskiego z Marcinem Dańcem, Jana Englerta z Wojciechem Dąbrowskim, Tomasza Stockingera z Krzysztofem Respondkiem oraz Grzegorza Poloczka z Maurycym Polaskim, a także debel rozegrany pomiędzy Janem Englertem i Beatą Ścibakówną oraz Tomaszem Stockingerem i Wojciechem Dąbrowskim.

Udało się nam także porozmawiać z jednym z uczestników turnieju – satyrykiem, artystą kabaretowym Marcinem Dańcem.

Panie Marcinie, który to już raz bierze Pan udział w turnieju Beskid Cup?

Dwunasty raz. Pierwszy turniej wygrałem. Pamiętam to jak dziś. Nawet pamiętam, jak byłem ubrany – świetna koszulka i wysokiej klasy spodenki! W sumie wygrałem turniej trzykrotnie. Kiedy przestał przyjeżdżać Rosie (Robert Rozmus), pojawił się Mezo i zaczął wygrywać. I wkurzył mnie całkowicie, bo to ja z nim kiedyś wygrywałem! Koledzy mówią, że to przecież różnica wieku między nami, więc trudno, żebym z nim wygrał. Ale ja go lałem, jak był jeszcze młodszy! A mówiąc serio, to Mezo biega maratony, ostro ćwiczył z trenerem przez ostatnie lata, więc efekty są świetne. Ale ja i tak będę walczył jak lew! Ten turniej to są, proszę pana, nieoficjalne mistrzostwa Polski – jest najbardziej prestiżowy. Powiem panu jeszcze, że dwa lata temu w Zielonej Górze na Tenisowych Mistrzostwach Polski Artystów Kabaretowych zwycięzcami w grze podwójnej byli Zenon Laskowik i Marcin Daniec. Zlaliśmy wszystkich młodzieniaszków!

Stresuje się Pan na takich turniejach? 

Oczywiście, nie będę się tego wypierał. Jak niektórzy moi koledzy powiedzą panu, że to dla nich tylko zabawa i cudowne spędzanie wolnego czasu, to proszę im nie wierzyć. Kłamią! My wszyscy traktujemy to śmiertelnie poważnie!

Kiedy jest Pan w Jaworzu, w okolicach Bielska-Białej, to ma Pan czas, żeby coś zwiedzić?

Uderza pan w najczulsze struny. Jestem Bielskiem zachwycony od zawsze. Nie mówię tego dla potrzeb tego wywiadu, bo powtarzałem to już wcześniej, że jest to jedno z najbardziej zielonych miast w Polsce. Występowałem tu wielokrotnie, zawsze w świetnej atmosferze. Spacerowałem też po górach, szusowałem na Szyndzielni. Podbeskidzie jest piękne. A jeszcze panu wspomnę, że to właśnie w Bielsku-Białej stałem w nocnej kolejce po… malucha, chłopie! Tak, dostałem cynk niczym w Stawce większej niż życie: „ciotka Teodozja jest zdrowa, rozrzucić trzy worki kartofli pod lasem”! Pożyczyłem pieniądze od czterdziestu kolegów i nabyłem malucha full wypas! Miał uchylne tylne szyby i rozrusznik, który nie urywał paznokci, ale był w stacyjce! To było wtedy na poziomie „Merola” klasy S. Jedyny szkopuł to kolor. Była to „wściekła cytryna”.

A Jaworze Pan zwiedzał?

Oczywiście! Co więcej, mieszka tutaj mój idol. Zawsze, gdy się spotykamy, to kłócimy się o to, dla kogo większą przyjemnością jest uścisk dłoni. Chodzi oczywiście o Irka Dudka. Zawsze, gdy się widzimy, mówię „witaj, King Kongu!”. A on na to „witaj King Kongu też!”. A jeszcze inny mój idol z tej okolicy to zespół Gang Marcela.

Z Bielska-Białej pochodzi też Maria Koterbska. 

Niech mnie Pan nie prowokuje! Nie ma Pan miejsca w tym wywiadzie, żeby zmieścić wszystkie moje „ochy” i „achy” pod adresem Marii Koterbskiej. To pierwsza dama polskiej piosenki. Zawsze byłem jej fanem. Pani Mario, nigdy nie miałem okazji Pani poznać, ale korzystając z okazji, chcę przekazać najlepsze życzenia – dwóch tysięcy nowych piosenek i jak najlepszej kondycji!

Jakie ma Pan plany artystyczne na najbliższy czas? 

Wszystkie terminy w tym roku mam już zajęte. Szykuję wielką niespodziankę na moją sześćdziesiątkę. Wszystko przyspieszyło, gdy w 1993 roku dostałem nagrodę w Opolu. Dziękuję Opatrzności, że stało się to dopiero, gdy miałem 36 lat. Pewnie dlatego nie zgłupiałem. Gdybym dostał nagrodę w wieku 20 lat, to bym sobie pewnie odkręcił wszystkie rury z sodówką i fruwał nad ziemią.

Ja Pana od zawsze pamiętam na scenie. Pana i Jerzego Kryszaka. 

Cieszę się, że pan wspomniał o Jerzym, bo po pierwsze bardzo się lubimy, a po drugie z przyjemnością zagrałem z nim pierwszy w życiu skecz. A poza tym, jak się dowiedziałem z mediów, że Daniec z Kryszakiem się nie znoszą, to napisałem ten skecz, żeby udowodnić, że to jedna z większych bzdur. Kryszak mówi: „mur jest zbędny, bywaj zdrów”. A ja do niego: „mur jest zbędny, będzie rów”. I prowadząca zebranie: „to na zgodę szans tu ni ma”. A my do niej: „sorry, taki mamy klimat”.

Na koniec chcę Pana spytać o najlepszy Pana zdaniem młody zespół kabaretowy. Często mówi się, że dobre kabarety były w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wtedy działała cenzura, więc teksty, które przez nią przechodziły były inteligentniejsze, a zarazem odważniejsze. Dzisiejsze kabarety nie mają już tego pazura. 

Nie namówi mnie Pan na laurki, adresowane do konkretnych grup artystycznych. Jeszcze kilka lat temu wymieniałem konkretne nazwy. Jednak zauważyłem, że młodsi koledzy, którzy w rozmowach w garderobie mówią mi, że wychowywali się na moich skeczach, w wywiadach z dziennikarzami nie wspominają o tym, ani słowem. Więc się troszkę wkurzyłem. W każdym razie jest w Polsce parę fajnych kabaretów. Nigdy nie było tak, żeby równocześnie było kilkanaście kabaretów, które skupiałyby na sobie uwagę i masowo gromadziły publiczność. Zawsze to były dwa, trzy. Ja mam swoją własną cenzurę. Nie biegam po scenie, wymachując maczugą, nie wyzywam nikogo, nie rzucam nazwiskami. Lepiej, żeby widzowie domyślili się, o kim jest mowa.

Rozmowa i zdjęcia: Tomasz Wawak

Komentarze