W tym roku Rawa Blues Festival trwał aż trzy dni. Zaczęło się 28 września od warsztatów gitarowych, które poprowadził Sonny Landreth, mistrz techniki slide. Dzień później, odbyło się drugie spotkanie z Landrethem, a w sali NOSPR zagrali Eden Brent oraz Irek Dudek Big Band.

W sobotę 30 września blues rozbrzmiewał w Spodku od godziny 11.00. Koncerty finałowe rozpoczęły się około 18.00. Pierwszy na scenie pojawił się brytyjski…zawodnik MMA. Kris Barras, bo o nim mowa, przez lata walczył na ringach i w klatkach. Obecnie już tylko trenuje zawodników, za to poświęcił się do reszty karierze muzycznej. Jego główne inspiracje to twórczość Gary’ego Moore’a, Alberta Kinga, Freddiego Kinga czy Stevie’go Ray Vaughan’a. Płyta “Lucky 13” weszła na drugie miejsce listy Amazon Blues Charts oraz na trzecie miejsce notowania iTunes. Artysta zagrał bardzo dynamiczny koncert. Nie zabrakło popisów w stylu Jimmy’ego Hendrixa, jak granie zębami czy popis zręczności z gitarą zarzuconą na plecy. Muzyk zagrał m. in. dylanowskie “All along the Watchtower” w hendrixowej wersji, a także refleksyjny utwór dedykowany swemu zmarłemu ojcu. Kris Barras był pierwszym od lat brytyjskim artystą, który wystąpił na Rawie.

Kolejnym artystą był mistrz techniki slide (sposób gry na gitarze z użyciem metalowego naparstka) czyli Sonny Landreth. Muzyk ma na swoim koncie współpracę z gitarzystami tej rangi co Eric Clapton czy Mark Knopfler. Pochodzący z Luizjany gitarzysta w swoich utworach przemyca elementy muzyki z tego stanu czyli zydeco (styl czerpiący z kultury kreolskiej) oraz cajun (kultura i nazwa francuskojęzycznej grupy etnicznej). Towarzyszący Landrethowi muzycy, w pierwszej części występu, zagrali na akustycznych instrumentach, by następnie dać drugą, bardziej energetyczną część koncertu.

Absolutnym hitem okazał się koncert grupy Tim Woodson & The Heirs Harmony. Czarnoskórzy artyści grają nie tylko bluesa, ale przede wszystkim soul i gospel – religijne pieśni, śpiewane m. in. w kościołach baptystów na południu Stanów Zjednoczonych. Grupa utrzymywała doskonały kontakt z publiką, zachęcając do śpiewu i tańca. Ich występ to nie tylko muzyka, ale również choreografia i spora dawka humoru.

Na sam koniec na scenę wszedł Marcus King – dwudziestojednoletni gitarzysta, w którym znawcy bluesa pokładają spore nadzieje. Muzyk inspiruje się twórczością The Allman Brothers Band, ale w jego utworach słychać też wpływ innych wielkich Kingów: B.B., Alberta i Freddy’ego. Zachrypnięty głos, wirtuozerskie solówki gitarowe i doskonała gra pozostałych muzyków (szczególnie klawiszowca i sekcji dętej) sprawiły, że publiczność odpłynęła na całe dwie godziny.

Tekst i zdjęcia: Tomasz Wawak

Komentarze