Kto był w Lizbonie, wie doskonale, że lizbońskie tramwaje są żółte a fado – czarne. Słynne portugalskie pieśni mają swoją niepowtarzalną stylistykę: przejmująca melancholia i tęsknota, kolorystyczny i instrumentalny minimalizm, oszczędny ruch sceniczny, wzrok utkwiony gdzieś w dali oceanu…

Kto był w środę na koncercie największej gwiazdy współczesnego fado, Marizy, zobaczył i usłyszał fado XXI wieku. Energia płynąca ze sceny mogłaby porwać cały stadion, nie tylko publiczność w kościele w Aleksandrowicach. Mariza wyprowadziła fado z zaułków Alfamy  i zaprosiła nas w fascynującą podróż od wybrzeża Mozambiku po tawerny w Buenos Aires. To była niepowtarzalna okazja, by usłyszeć fado nie tylko po portugalsku ale i po angielsku, śpiewane przez blondynkę, w dodatku radosną i uśmiechniętą! A jednocześnie nikt nie mógł mieć wątpliwości, że każdej nucie i każdemu ruchowi na scenie towarzyszył duch starego, tradycyjnego fado. Że ubrane na czarno lizbońskie matrony w sukniach zapiętych na ostatni guzik, z aprobatą kiwałyby głowami na widok nagich pleców Marizy i dekoltu aż do pępka. Że Amalia Rodrigues nie miałaby nic przeciwko temu, że Mariza dyryguje publicznością, robi sobie selfie z widzami i zabawia ich żartami. Nic to, że gitary są trzy a nie dwie a w dodatku rytm nadaje perkusja! Fado żyje!

Fado Marizy było tak energetyczne i radosne, że publiczność zaczęła śpiewać po portugalsku refren słynnej „Rosa Branca”. Na bis dostaliśmy perełkę: Mariza zaśpiewała bez mikrofonu, w absolutnie tradycyjny sposób stare klasyczne fado. Towarzyszyła tej pieśni taka cisza, że słychać było ciarki przechodzące po plecach publiczności.

Kto nie był, niech żałuje: to był ostatni tegoroczny koncert Marizy i koniec jej trasy koncertowej „Mundo”. Szkoda że koniec, świetnie że akurat w Bielsku-Białej.

Komentarze