Szlachetna zazdrość w Bielsku-Białej



Salony wymyśliła Anna Dymna. Stwierdziła, że Polacy potrzebują polskiego słowa poetyckiego, jeśli nie na co dzień, to przynajmniej od święta. Dlatego w każdą niedzielę w samo południe wybitni aktorzy powinni czytać wiersze swoich ulubionych poetów. Żywemu słowu może towarzyszyć żywa muzyka w wykonaniu wybitnych instrumentalistów. Podzieliła się swym pomysłem z małżonkiem, ówczesnym dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Krzysztofem Orzechowskim. Poezja za darmo w teatrze? Tuż obok meneli, którzy zaludniają sąsiednie planty? Czy oni też zechcą przyjść? W styczniu 2002 r. wątpliwości było wiele.

Optymizmu dodawali koledzy aktorzy. Gdy Anna Dymna podzieliła się pomysłem z macierzystym zespołem aktorskim Starego Teatru w Krakowie, Jerzy Trela od razu zarezerwował sobie Adama Mickiewicza, a Anna Polony Wisławę Szymborską – żeby im nikt nie wchodził w paradę. Chętnych było dużo. Mimo to niektórzy znajomi pokazywali przez parę tygodni dłonie, na których będą wyrastać kaktusy, jeśli salon potrwa dłużej niż kilka miesięcy. Po tym czasie nikt niczego nie pokazywał. W Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie salon odbył się już ponad 520 razy. Jego gospodarzami są do dziś Anna Dymna, Bronisław Maj, Józef Opalski oraz Krzysztof Orzechowski. W Teatrze im. Słowackiego w Krakowie czy warszawskich Łazienkach salony odbywają się co tydzień. Reszta salonów otwiera swe podwoje w miesięcznym rytmie.

Największym sukcesem Krakowskiego Salonu Poezji są obecnie… kolejki. Aby kupić wejściówki, już z samego rana na kilka godzin przed otwarciem kas Teatru Słowackiego ustawia się kilkadziesiąt osób. Z czasem kolejki tracą swój wężowaty charakter. Wspólnota poezji łączy ludzi na tyle, że nie chcą walczyć ze sobą o wejście, lecz zaczynają się przyjaźnić.

– Franczyza Dymna jestem – powiedziała Anna Dymna, witając się z widzami setnego Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej w Bielsku-Białej. Używając terminu merkantylnego wobec swej osoby, miała na myśli zapewne zasady, wedle których organizowane są jej salony poezji w Europie i Ameryce. – Od początku kierowałam się trzema podstawowymi regułami. Poezja ma być czytana. Wiersze muszą być wydane. Artysta dostaje tylko sto zł! Czasy się jednak zmieniają i teraz trochę to inaczej wygląda, ale na początku tak właśnie było – wyznała pomysłodawczyni salonu, która ostatnio przeżyła nieprawdopodobne doznania podczas pobytu w salonach w Montrealu, Dublinie, Wilnie czy Sztokholmie. Jakże tam ludzie czekają na polskie słowo! Jakie wzruszenie towarzyszy Polakom czy emigrantom polskim podczas słuchania polskiej poezji!

Bielskie salony organizuje od 5 listopada 2006 r. Centrum Sztuki Kontrast. Salonowymi pionierami byli pod Szyndzielnią Ewa Kozak, Grzegorz Czorny, Przemysław i Tomasz Drabkowie oraz Rafał Sawicki. – Całe stowarzyszenie starało się, żeby spotykać się w Zamku Sułkowskich. Wspierało nas wiele instytucji i przede wszystkim bielska publiczność, dzięki temu możemy się ciągle spotykać i roztrząsać, co nam w duszy gra – twierdzi Ewa Kozak. Na pomysł otwarcia Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej w Bielsku-Białej wpadł w… Andrychowie Rafał Sawicki. Nad Wieprzówką salon istniał już wcześniej, a bielskiego aktora właśnie tam zaproszono do czytania wierszy wraz z koleżanką ze sceny dramatycznej – Katarzyną Skrzypek. – Dlaczego w Andrychowie jest salon, a w Bielsku-Białej nie? Poczułem szlachetną zazdrość – powiada Rafał Sawicki.

– Wszystkie salony otwieramy tymi samymi wierszami księdza Jana Twardowskiego. Ksiądz dziwił się, że napisał tyle mądrych wierszy – powiada Anna Dymna. Aktorka otworzyła jubileuszowy salon wraz z mężem. Aktorzy wsparli się także słowem Czesława Miłosza, który był przyjacielem salonu. Słuchało się ich z przyjemnością. Zwłaszcza ciepły, spokojny głos Anny Dymnej użyźniał intelektualną glebę widowni, jeśli można użyć agrokulturalnych terminów wobec kultury słowa.

Jubileusze rządzą się swoimi prawami i nie sposób oceniać je tak, jak spójne i jednorodne inscenizacje. Mieszanka tekstów i wykonawców była tyleż ogromna, co wybuchowa. Obok prostodusznego Jana Twardowskiego i klasycznego poety zestawień Czesława Miłosza karmiący się ponad miarę ludowymi korzeniami Józef Baran w wielu odsłonach – osobiście i w interpretacji solistów i zespołów. Obok wspaniałej literatury dla dzieci Tuwima – satyryczno-krytyczni Ludwik Jerzy Kern i Boy-Żeleński. Obok nobliwej akademiczki z Brna, nb. zagrypionej, Renaty Putzlacher jej rozśpiewany przyjaciel z Ostrawy Jaromir Nohawica, tłumaczony przez nią na polski.

Rodzinne strony ponownie odwiedzili śpiewający aktorzy Beata Paluch i Piotr Machalica, a także sąsiadka zza wadowickiej miedzy Marta Bizoń. Silną reprezentację wystawił Teatr Polski – Marta i Rafał Sawiccy, Tomasz Drabek, Anita Jańcia, Jadwiga Grygierczyk i Anna Guzik-Tylka. Oprawę muzyczną zapewnili artyści z Polski południowej: Walenty Dubrowskij i Tomasz Pala (fortepian), Arkadiusz Wiech (gitara) i Bartosz Stuchlik (kontrabas).

Maestrią popisała się jak zwykle Jadwiga Grygierczyk, eksponując z rozmysłem każdy wers czy nawet każde słowo tekstu Tadeusza Boya-Żeleńskiego: Wiatr za szybami śmieje się/ psiakrew to życie takie złe… Nieoczekiwanie dla mnie wspaniale wypadła Katarzyna Dendys-Kosecka, która zaśpiewała „Ptasie radio” do tekstu Juliana Tuwima. Nie była to może tak prześmieszna interpretacja jak nieodżałowanej Ireny Kwiatkowskiej, ale równie przemyślana i mocno brzmiąca. W ogóle artyści z Bielska-Białej przypomnieli o tym, iż nie bez kozery stworzyli na rodzimej scenie kilka porządnych musicali. Juliana Tuwima „Rwanie bzu” z recytatorską dezynwolturą przedstawiła Ewa Kozak. Od razu pojawiło się pytanie: „Czy aby nie marnuje się od tylu lat w urzędzie?”.

Jaromir Nohawica śpiewał najpierw po czesku, potem po polsku, a w końcu po czesku i polsku, dając tym dowód, że pochodzi ze Śląska Cieszyńskiego, a jego twórczość stanowi liryczno-muzyczną egzemplifikację przyjaźni obu narodów. Na koniec przeprosił, że musi wcześnie odjechać, bo śnieg pokrył drogi. Wydawało się, że jest szczerze wzruszony tym, iż mógł wysłuchać tylu różnorodnych tekstów polskiej poezji.

W występach kabaretowych można zapomnieć tekstu i obrócić pomyłkę w żart. Poezja scenicznych żartów nie toleruje. Dlatego drobne nawet pomyłki Piotra Machalicy i Anity Jańci brzmiały zaskakująco… Nic jednak dziwnego: poezja jest bardzo wymagająca.

 

Jan Picheta 

 

 

Komentarze